· DEWIACJA, Cook Robin, Dom Wydawniczy REBIS, recenzent: Lipski Bartosz · I ŻE CIĘ NIE OPUSZCZĘ, Gilbert Elizabeth, Dom Wydawniczy REBIS, recenzent: Żygulska Justyna · INTRUZI, Marshall Michael, Albatros, recenzent: Cichowlas Robert · OBCY ELEMENT, Zakirov Oleg, Dom Wydawniczy REBIS, recenzent: Kwiatkowska Anita · SKANDALE, WANDALE I..., Rachlin Harvey, Dom Wydawniczy REBIS, recenzent: Błaszkowska Alina · ODRĘBNA RZECZYWISTOŚĆ, Castaneda Carlos, Dom Wydawniczy REBIS, recenzent: Majewski Janusz · WYKORZYSTAJ POTĘGĘ PODŚWIADOMOŚCI W PRACY, Murphy Joseph, Dom Wydawniczy REBIS, recenzent: Lipski Bartosz
[ RECENZJE ]
| |
|
- - www.literacka.pl - - czyli książki fabrykantów i inne
|
|
|
Jeśli chcesz być powiadamiany o nowościach w Serwisie podaj swój adres e-mail. | |
 | Jak zbudować zwyci... |
 | FAREWELL... |
 | I Ogólnopolski Kon... |
 | publikacja , niemo... |
 | Co oznacza ocena c... |
 | No to się pochwalę... |
 | Muzyczne ogórki... |
 |
Epika: KRÓLEWICZ NA ZIARNKU GROCHU /historia pewnego niewolnika/ * * *
Wysłano dnia 01-06-2002 o godz. 22:54:05.
|
|
Autor: Voronwe
Czy to była jeszcze jedna szykana, czy po prostu niedbalstwo - nie wiedział. Zresztą - tutaj niedbalstwo bywało najgorszą szykaną. Nie tylko buty - kaftany, spodnie. Najgorzej było z bielizną. Artur wolałby jej wcale nie nosić, ale szesnaście godzin na mrozie dawało się we znaki. Kto by się przejmował jakością odzieży przeznaczonej dla niewolników? Coś cię uwiera? Twardy filc kaleczy ci ciało? A zdychaj z mrozu, kanalio! Powinien się cieszyć. Po swoich starych walonkach (nosił je raptem trzy miesiące, od początku wyroku) mógł się spodziewać raczej karceru. Przydziały były na jasnych zasadach - jedna para na półtora roku. Nie to, że potem miał chodzić boso. Jeśli zużył je przed terminem, dokonywał zamachu na mienie państwowe. A to mogło pachnieć nawet nowym wyrokiem (masz dziesięć lat - to dostaniesz "ćwiarę", masz "ćwiarę" - dostaniesz "czapę"). Albo tygodniem karceru - wszystko zależało od humoru komendanta. Komendant czasami miewał humor - tak twierdzili knajacy, siedzący tu już latami, któryś raz z rzędu (podobni mu "polityczni" rzadko kiedy wytrzymywali dłużej niż jedną zimę). Samemu jeszcze nie miał okazji się o tym przekonać.
To znaczy - nie miał okazji się o tym przekonać do dzisiaj. Dzisiaj jedyne, co mu pozostawało, to modlić się o ten właśnie dobry humor komendanta. To jednak było chyba zbyt wiele - Bóg jest wszechmogący, ale takie rzeczy. Nie - ktoś tam w górze postanowił załatwić tę sprawę inaczej. Gdy rano Artur z sercem na ramieniu niósł boso resztki swoich walonek do magazyniera (wieczorem wyglądały jeszcze dorzecznie, miał nadzieję, że rano jak zwykle jakoś je pokleci, ale w świetle włączanych o piątej rano lamp - stracił ją, razem z nadzieją na następny miesiąc życia.) - stał się cud. Magazynier, stary sukinsyn, "prydurka", komunista jeszcze z czasów Lenina, traktujący go dotąd jak śmiecia - ukłonił mu się w pas. Gdy zaczął wygłaszać przygotowaną wcześniej mowę (nie wierzył, że to coś da - ale takie tu były zwyczaje, nazywało się to "świergolenie", ja ciebie proszę o miesiąc życia, ty plujesz mi w twarz - ale używamy słów o obiektywnych trudnościach, o wspólnocie i o pracy dla ojczyzny), ten przerwał mu w pół słowa. "Ależ Arturze Piotrowiczu, nie ma o czym mówić, zaraz wyfasujemy nowe buciki. I to prawdziwe, skórzane. I nowy kaftan, żeby panu (panu?!, PANU???!!! - nie do uwierzenia) do fasonu pasowały".
Gdy szli na obiekt, był pewny, że knajacy z ich brygady zaraz ograbią go z nowych rzeczy, a wręczą jakieś łachmany (sztuka jest sztuka). Artur należał do roboczego bydła, ludźmi byli knajacy. Cały boży dzień wygrzewali się przy ognisku, a reszta brygady harowała na ich "pierwszy kocioł". Ale po pierwszym kilometrze (a było ich dziewięć do przejścia, w jedną stronę) zrobiło mu się wszystko jedno. Buty były z grubej skóry, zszyte solidną dratwą, bez żadnej wyściółki. A on miał na nogach szmaty, które prać mógł raz na dwa tygodnie, w wolną niedzielę. Filcowe walonki słabo chroniły przed zimnem, w ogóle nie - przed wilgocią, krępowały ruchy - ale nie uszkadzały. Zaś nowe skórzane traperki - piłowały mięso.
Na miejscu pachan knajaków - czyli boss ich wszystkich, bo i brygadzista tańczył jak on zagrał, a nawet i konwój się go bał - powiedział krótko, że nowy nie będzie dziś pracować i że zostaje z nimi przy ognisku. Widząc strach w oczach Artura, uśmiał się cicho, poklepał go po plecach i wskazał na swoich "cyngli":
- Nie bój się, małysz, żaden palcem cię nie tknie, jeszcze im życie miłe.
Potem, gdy siedział z nimi przy ognisku, rozwiązały im się języki. Zresztą - co można robić razem przez dwanaście godzin? Bić go nie mogli, ograbić nie mogli, inne potrzeby zaspokajali bez żadnych trudności ze strony strażników w kobiecym podobozie. Więc co robić przez dwanaście godzin z frajerem?
Gadali.
Czwórka. Małomówni, cudzoziemcy. Marynarze chyba. Mieli jakieś dziwne, nietypowe wyroki. Trzy lata. Za włamanie - podobno. W Odessie. Ale czy to możliwe? Jeśli włamali się do obiektu państwowego, dostaliby dziesięć lat, albo i "ćwiarę". Jak do prywatnego mieszkania - najwyżej rok (no, chyba, że byłoby to mieszkanie niewłaściwej osoby, ale takie mieszkania były zbyt dobrze strzeżone, żeby się tam włamywać). Więc gdzie tu sens? Przywieźli ich dwa tygodnie temu. Na początku tylko obserwowali. I robili, co do nich należało. Mieli dobre ubrania - knajaków z brygady, do której ich przydzielili, zaczęły swędzieć ręce. Tydzień temu ich pachan został znaleziony z poderżniętym gardłem. Potem nikt już nie wyrażał chęci odebrania cudzoziemcom ich własności. Za to oni sami - zaczęli się zachowywać dziwnie. Gdy zlokalizowali, gdzie w obozie jest Artur (on, właśnie on, czego oni mogli od niego chcieć? Niech go zostawią w spokoju, i tak nie przeżyje zimy, dlaczego ma umierać wcześniej z nożem w żebrach, w jakiejś wojnie kryminalnych?) - weszli w układ z pachanem jego brygady. Nic nie tłumaczyli. Po prostu Arturowi włos nie miał spaść z głowy. I nie miał już pracować - miał odpoczywać i zbierać siły. Co dali w zamian - niczyj interes. Dlaczego to zrobili? Po co im był potrzebny?
- Myśleliśmy, że ty nam powiesz - zaśmiali się.
Skąd te buty (przeklęte buty - mimo wszystko nie zdjął ich przy ognisku, a nuż wpadną w oko jakiemu strażnikowi?) i kaftan - nie wiedzieli. Ale domyślali się.
- Pewnie twoi aniołowie stróże złożyli wczoraj wizytę tej starej suce ligawej - tłumaczyli mu, mając na myśli magazyniera, którym, jak wszystkimi "prydurkami" pogardzali, o ile to możliwe, jeszcze bardziej niż szarymi politycznymi - i. ucięli mu palec. I powiedzieli, że jeśli chce zachować pozostałe, to ty masz być jutro ubrany i obuty jak człowiek.
Dziwne. Jego walonki były wczoraj jeszcze całkiem do rzeczy. Wprawdzie mało kto z politycznych nosił swoje przez przepisowe półtora roku, ale to dla tego, że sami wysiadali pierwsi. Kto ustawił się w obozie tak, że przeżył dłużej niż jedną zimę, ten miał i możliwość załatwić sobie nowe obuwie "na lewo". Teraz przypomniał sobie, że wieczorem kręcił się po ich baraku jakiś małolatek. Może to tamci kazali chłopcu załatwić jego walonki, żeby sprowokować wizytę u magazyniera? Zasnął przecież jak zwykle przed zamknięciem baraku - każda minuta snu była cenna. Ale po co to? Co im zależało na tym, żeby miał solidne ubranie? I dlaczego załatwili mu "wolniznę"? Całkiem przyjemnie siedzieć tak przy ognisku, gdy reszta brygady haruje przy wyrębie. Jeszcze dwa miesiące temu, jeszcze miesiąc - gdy mrozy nie były tak ostre jak teraz - wolałby harówkę i towarzystwo politycznych niż odpoczynek i tych prymitywnych chamów. Ale zima w Komi potrafiła nauczyć rozumu. Tamci inteligenci, kupcy, rolnicy, uczciwi ludzie - cóż mogli mu zaoferować? Sumienie czyste? Im zimniej, im głodniej, im bliżej śmierci tym jaśniejszym stawało się to, że ci uczciwi ludzie bez wahania poświęcą życie kolegi by własne przedłużyć o tydzień. Czym różnili się od knajaków? Tylko tym, że harowali, a knajacy nie. Chociaż nie - różnica była bardzo wyraźna. Te prymitywy, dzieci najgorszego społecznego mętu - miały jakąś hierarchię, jakieś wartości. Nie drżeli o miskę kaszy i jeden drugiego by za nią nie sprzedał. Jak można nie czuć się nobilitowanym, gdy można siedzieć z nimi przy ognisku i rozmawiać jak z równymi? I Artur czuł się nobilitowany. Wiedział, że powinien pogardzać sobą za takie odczucie. Ale tak się właśnie czuł.
"Jak nisko może upaść człowiek? - myślał - gdyby postawiono nas przed plutonem, przed szubienicą nawet - czy nie okazalibyśmy odwagi w obliczu śmierci? Ale tu mordują nas na raty, bez przerwy świecąc nadzieją na przeżycie jeszcze choć dnia, tygodnia - byle do wiosny. Dlaczego nie wstanę i nie pójdę do moich braci, a siedzę tu z tymi typami, którymi powinienem pogardzać? Dziewięciu na dziesięciu z nas nie przeżyje zimy, a ja, głupiec, nie potrafię pozbyć się nadziei na bycie tym dziesiątym. Tak naprawdę nie istnieje alternatywa czy dać się zabić czy przeżyć. Jedyna alternatywa jaką mamy, to przestać się bać śmierci i zginąć jak człowiek albo dalej sprzedawać własną duszę za złudę nadziei i zginąć jak szmata. Póki mam jeszcze duszę, na Boga, wstanę i pójdę dołączyć do moich braci. Może ci czterej to faktycznie aniołowie stróże? Może Bóg, zanim mnie do siebie wezwie, daje mi oto ostatnią szansę zachowania szacunku dla samego siebie?"
Zbierał się wiele razy. Zmagał się ze sobą. Ale obtarte stopy mówiły "zostań". Przenikliwy mróz wołał "zostań przy ognisku". A szatan dodawał "zostań, nikt nie doceni tego bohaterstwa. Każdy weźmie cię za frajera. A nóż to właśnie to ździebko energii jakie zaoszczędzisz dzisiaj pozwoli ci przetrwać zimę? A kto przetrwa pierwszą zimę w Komi ten może i cały wyrok przetrzyma."
Został.
Gdy wieczorem wracali do zony, on - choć wypoczęty i wygrzany - wlókł się na końcu ze spuszczoną głową. Każdemu z politycznych był gotów spojrzeć w oczy - to oni spuszczali wzrok i czuli się niepewnie (nie pracował cały dzień i siedział z knajakami, był prawie jednym z nich, był więc - dla politycznych - niebotycznie wysoko). Kryminalni, którym opowiadał wcześniej co bardziej ordynarne z pamiętanych dowcipów, klepali go po plecach i traktowali prawie jak swego. Ich intelektualny prymitywizm tylko bardziej go przygnębiał. Jak nisko upadli, że te bydlęta były dla nich półbogami? A jak nisko upadł on, że wolałby być jednym z nich? Nienawidził życia. Tak - życia. Nie było warte tyle, ile za nie płacił.
*
- Ucieczki? Jasne, że się zdarzały. Słyszałem swego czasu o sybirakach, co uciekłszy z łagru przez Cieśninę Beringa dostali się na Alaskę. Z Kolei z Kazachstanu udawało się kiedyś dostać do Persji. Ale uciekać w Komi? To czyste szaleństwo. Miejscowi w Rosji zawsze cię wydadzą. A sam nie przeżyjesz w tajdze, nawet latem. Z karabinem, amunicją, siekierą, narzędziami. może. Ale żeby zdobyć takie rzeczy, musiałbyś zabić strażnika. A wtedy szukałaby cię cała armia. Do skutku - aż by znaleźli. A wtedy lepiej by było się nie urodzić. Nie - gdyby granica była blisko, kto wie - może sam bym spróbował. Ale tutaj ucieczka nie ma sensu.
Artur leżał na pryczy. Zwykle o tej porze już spał. Ale dziś nie był zmęczony. Buty bez strachu postawił na polepie. Kto okradnie kumpla knajaków? Rozkoszował się ulgą bosych stóp. Stary Grigorij nawijał bez wstydu do świeżo skazanych studentów z Leningradu. Starsi więźniowie pewnie też chętnie by go posłuchali, choć to przecież znana suka, ale wiedzieli już, jak cenna jest każda minuta snu. Młodzi słuchali z rozdziawionymi gębami. Głupcy - niech no któryś zacznie się wypytywać o te ucieczki. Grigorij może zarobić kilo słoniny. A student nowy wyrok. Albo miesiąc karceru - rzecz w humorze komendanta.
Ale stary miał rację. Uciekać można było albo na całego - czyli po trupach, a miało to sens tylko tam, gdzie blisko była granica (ale w takich obozach strażnicy byli czujniejsi i lepiej uzbrojeni). Albo "chyłkiem, cichcem" - a wtedy trzeba było liczyć na pomoc kogoś z zewnątrz. A w tych czasach w Rosji nawet i rodziny odwracały się od skazańców. A tu, w Komi, byli setki kilometrów do osad ludzkich, a w tych osadach - wrogowie. Uciec tylko po to, żeby umrzeć wolnym? Pięknie brzmi. Ale śmierć z mrozu nic pięknego w sobie nie ma. Tutaj masz jeszcze szansę. Masz szansę przetrwać zimę, a potem i cały wyrok. Może będzie amnestia? A może przeprowadzą rewizję wyroku, toż to śledztwo to paranoja była, nie śledztwo. Może wreszcie się połapią. Tutaj jakaś nadzieja zawsze jest. A za drutem - cicha śmierć w udręce, bez sławy.
Grigorij w pół słowa przerwał swoją pogawędkę ze studentami. W baraku zrobiło się cicho. Artur podniósł głowę. To, co zobaczył nie zmroziło mu krwi w żyłach. Serce nie zabiło mu mocniej. To się musiało w końcu stać. Nie chciał umierać - bo któż chce? - ale tak żyć też już nie chciał. Czego więc miał się bać? Nic gorszego od śmierci go nie spotka. Chyba tylko życie - takie jak dotąd. Jest tak źle, że każda zmiana może być tylko na lepsze. Czego tu się bać?
Przy pryczy stali jego aniołowie. Widział ich pierwszy raz, ale od razu wiedział, że to oni. Wysocy, barczyści, dobrze ubrani (dobrze - jak na łagier, dobrze - czyli ciepło). Patrzyli na niego w milczeniu. Było mu wszystko jedno, pal diabli. Nie zobaczą tu trwogi Galerkina. Usta wykrzywiły mu się złośliwie.
- No i co tak stoicie, jakbyście kije połknęli? - spytał.
Najniższy, ale i najbardziej barczysty, uśmiechnął się. Coś wyraźnie układało się po jego myśli.
- Ubierz się i chodź z nami. Musimy pogadać - odparł, z polskim akcentem.
Ubierz się - mądrala. Myślał, że dusza z niego ucieknie, gdy wkładał buty. Ale trudno - nie będzie przy nich stękał. Wstał sprężyście, jak zwykł był wstawać jeszcze pół roku wcześniej, gdy - na wolności - jeździł na regaty. Jeszcze zanim go capnęli, rozwiązali im sekcję. Żeglarstwo to sport burżuazyjny, w państwie robotniczym szkoda na niego pieniędzy. tak jakby dostali choć grosik, a nie robili łódek własnymi rękoma. Ale to właśnie się chyba IM najbardziej nie podobało. Gdy ktoś robił coś sam, zamiast wyciągać rękę po jałmużnę.
Stare dzieje.
Wyszli.
Do zamknięcia baraków zostało chyba coś z kwadrans. Ale aniołowie najwyraźniej się nie spieszyli. Zaprowadzili go w kąt między stołówką a barakiem gospodarczym. Tutaj zawsze było ciemno. Kiedyś komendant kazał postawić dodatkową latarnię. Ale małolatki, którym takie zacienione miejsce było, zdaje się, do czegoś potrzebne, codziennie tłukły żarówkę kamieniami. Komendant był uparty, ale po miesiącu małolatki wygrały - zachowały swój intymny kącik. Jednak na kwadrans przed zamknięciem baraków już się tutaj nie kręciły.
Zagaił znowu najniższy.
- Przedstawimy się, choć nasze nazwiska nic ci nie powiedzą. Jestem Chris Rutkovsky, ten wysoki to Dave Apelbaum, ten tu to Al Bush, a ten gruby to Fred Molcho. Jesteśmy Amerykanami. Tyle ci możemy na razie powiedzieć. Planujemy ucieczkę. Są pewne powody, dla których chcemy, żebyś uciekał z nami. Jak marne są szanse, pewnie wiesz lepiej od nas. Masz pięć minut na decyzję. Jeśli postanowisz zostać - wracaj. Musisz wiedzieć, że miodowy miesiąc, który ci dziś zafundowaliśmy, nie skończy się tak szybko, przeżyjesz zimę, zadbaliśmy o to. Zastanów się dobrze.
Amerykanie. Czyżby.? Nie, niemożliwe. Po prostu chcą ukraść łódkę i ryzykować ucieczkę morzem. I potrzebują kogoś, kto ma pojęcie o nawigacji, dlatego zagięli parol na niego. Widać to jednak nie marynarze. Ani nawet nie rozsądni ludzie. O tej porze roku tutaj nawet lodołamacze były bezsilne. Wybór był jasny. Zostać i wegetować (jakoś im wierzył, że przeżyje zimę - teraz, gdy przypadł do gustu knajakom, nie będzie już potrzebował pomocy aniołów) albo - uciekać i zginąć. Życie albo śmierć.
- Decyduj się, wkrótce zamkną baraki!
Jeden na dziesięciu. Jeden na dziesięciu przeżywał. Tyle razy modlił się, by być tym dziesiątym. Ale już rozumiał. Już się wycwanił. To tych dziewięciu wygrywało los na loterii. To ten dziesiąty był frajerem. To życie to nie był opłacalny interes. Każda śmierć była lepsza. A śmierć za drutami, bez tego wszechogarniającego smrodu obłudy i zakłamania, bez świergolenia, bez donosicielstwa, bez przeliczania godności na gramy kaszy. Nad czym tu się zastanawiać?
- Idę z wami!
Rutkovsky'emu chyba znowu coś się udało. Spojrzał z uśmiechem na pozostałych i powiedział po angielsku coś, pewnie "a nie mówiłem?". Tamci twarze mieli niewzruszone. Chyba byli rozsądniejsi od niego. Apelbaum odpowiedział. Co? Pewnie "nie ciesz się, jeszcze nie wygrałeś". Mogliby mówić po rosyjsku. Ale nie będzie im zwracał uwagi. Jeśli sądzi, że są nieuprzejmi, to przecież nie każą mu iść ze sobą. Może zostać, jeśli wola.
Cholerne buty.
- Tego miejsca nikt nie będzie sprawdzał - odezwał się Rutkowsky po rosyjsku - tak się złożyło, że strażnicy, sprawdzający w barakach stany przed zamknięciem, nie będą dziś specjalnie dokładni. Za półtorej godziny jest zmiana warty na wieżach. Do tego czasu czekamy. Gęby na kłódki i udawać, że nas nie ma.
Super. Żeby chociaż jakiś zydel. Nie - wypadało stać przy ścianie półtorej godziny. Śniegu tu nie było - byli pod okapem. Ale jak usiądzie, złapie wilka. Pamiętał to jeszcze z dzieciństwa. Jak zaczynała się odra. Zanim przyszła gorączka, zanim pojawiła się wysypka - naszła go chandra. On, dziesięcioletni szczeniak, z całą jasnością uświadomił sobie, że życie nie ma sensu. Że i tak przyjdzie śmierć. Że dalej nic nie ma. Nie ma Boga. Nieistnienie - jak to jest. Gdy wieczorem lekarz stwierdził, że to odra, chciało mu się śmiać (choć matka mało się nie rozpłakała). Czy to może być takie proste? Jakiś bakcyl, obiekt jak najbardziej fizyczny - żeby tak wpływał na stan ducha?
Smutek, niewiara, słabość. Taki już był, że każda choroba, zanim zaatakowała ciało, najpierw szarpała mu ducha. A teraz, gdy miał uciekać - po to, by zginąć - potrzebował siły. Nie chciał, by chandra złapała go w takiej chwili. Nie bał się śmierci - już nie. Przerażeniem napawała go wizja siebie, jak złamany, skulony i pokorny oddaje się w ręce pogoni.
Musi być silny. Nie myśleć. Nie myśleć o tym, co działo się przez ostatnie miesiące. Nie myśleć o obozie. Nie myśleć o śledztwie, o torturach. Nie myśleć o szarzyźnie i beznadziei swojej młodości. Żeby znaleźć siłę, trzeba cofnąć się wcześniej, dużo wcześniej. Za parę dni wigilia. Co to znaczy - w tamtym świecie. Ojciec z Jasiem przynoszą rano choinkę. Artur jest najmłodszy - będzie pomagał ją ubierać. Ale na razie może jeszcze poleżeć w pościeli. Hela jest już w kuchni - pomaga mamie. Nie ma się tam co pokazywać. Nie dadzą ani okruszka przed wieczerzą. Tak kazał tata i tak będzie. Mama boi się, że nie wytrzyma. Dlatego zamyka się od świtu w kuchni. Ale jest w tym domu ktoś, kto owija sobie tatę wokół palca. Artur podnosi się do półki z książkami. Tak jak co roku - dwie potężne pajdy chleba, masło i miód. I kubek mleka. Hela wstaje w wigilię jeszcze przed mamą. Tradycja tradycją, ale nie pozwoli przecież bratu chodzić cały dzień bez śniadania. Tak jest zawsze. Nawet gdy nabroi, po wstawiennictwie Heli, kara będzie łagodniejsza. A czasem wcale jej nie będzie. A Hela wstawia się za nim zawsze.
W śledztwie obciążył ją. I wszystkich, których mu wskazali. Wcześniej wytrzymał dwadzieścia dwa dni tortur. Dzień w dzień. Bez snu.
Jaś, starszy od niego o dziesięć lat, nie ma tak dobrze. Ale ma swój własny sposób na niemyślenie o głodzie. Po przygotowaniu choinki, spakowaniu prezentów, przypina biegówki, bierze karabinek i robi sobie parogodzinny maraton. Gdy wróci, weźmie kąpiel i nie będzie już musiał długo czekać na pierwszą gwiazdkę. Będzie miał apetyt jak smok i będzie tryskał humorem.
W śledztwie przyznał się, że za pośrednictwem brata ich organizacja otrzymywała broń i pieniądze od wywiadu angielskiego. W rzeczywistości nie widział go od wybuchu wojny. Do wojska wstąpił na ochotnika, choć nauka (studiował geologię) byłaby wystarczającym argumentem, by ojciec go przed tym ochronił. Z niemieckiej niewoli nie chciał wracać do Rosji po rewolucji. Dostał się do Francji, potem do USA. Na początku lat dwudziestych jeszcze korespondowali. Potem to się urwało - zapomniał o nich a może władza zatrzymywała listy.
Nie byli krezusami. Ale i do biedaków nie należeli, a ojciec zawsze wyznawał zasadę, że dobre jedzenie i do syta, to warunek dobrej pracy. To jednak, że wieczerza wigilijna ma być postna, traktowane było w ich domu dosłownie. Na co dzień jadali lepiej. Prawda - były prezenty, z kuchni rozchodziły się zapachy ciast i bakalii, przeznaczonych na następne dwa dni. Ale to nie to przecież ciągnęło jego świadomość do tego dnia z przeszłości. To postne jedzenie, które przypominać im miało, że dobrobyt, w którym żyją ulotny jest i nietrwały (jakiż okazał się nietrwały.) nie było ważne w tym dniu. Najważniejsze, najlepiej utrwalone, najbardziej teraz niewiarygodne - było poczucie bezpieczeństwa. Ojciec był przeciwnikiem monarchii. Dwa razy zamykali go w więzieniu. Policja zawsze traktowała go wrogo. Ale w wigilię, na pasterce, podchodził do niego policmajster i witał się jak z bratem. I tak było z każdym. Najgorsze wycierusy z sąsiedztwa, z którymi zawsze staczał wraz z kolegami boje przed szkołą, tego dnia mieli dla niego tylko życzliwość. Nauczyciel ze szkoły, grzmiący na nich na co dzień i rozdzielający plagi, ksiądz, podkablowujący ich przed rodzicami, ciotka Grażyna. Wszyscy. Teraz już rozumiał, dlaczego mówiło się, że w wigilię nawet bydlęta przemawiają ludzkim głosem.
*
- Już czas! - głos Rutkovsky'ego wyrwał go z zamyślenia - trzecia wieża jest pusta.
- Jak to pusta? Skąd o tym wiesz?
- No - niby jeszcze nie wiem. Tego się dowiemy, gdy nikt z niej nie będzie do nas strzelał. Istnieje jednak wysokie prawdopodobieństwo, że tak właśnie będzie.
- Ale dla czego niby ma być pusta? I skąd to wiesz?
- To długa historia.
- Dlaczego mam ci wierzyć?
- Tego nie wiem. Ale nic o nas nie wiedząc zgodziłeś się uciekać z nami, więc bądź konsekwentny, do ciężkiej cholery!
Właśnie. Co go to obchodzi, skąd on wie o wieży? Najwyraźniej wie, co robi. Gorzej i tak nie będzie.
- Będziemy cięli druty?
- Broń Boże. Nie będziemy ułatwiać roboty pogoni. Mam skórzaną opończę. Przeciśniemy się pod drutami. Do rana śnieg zakryje ślady.
- A potem w którą stronę?
- Na północ!
Dlaczego w jednej chwili miał do tego faceta zaufanie, a w następnej dochodził do wniosku, że jest głupcem? Najwyraźniej ci goście chcieli uciec w stronę oceanu. Odwodzić ich od tego? Nie teraz. Za drutami. Kto ich tam wie. Wyglądają na rozsądnych, tyle, że nie znają się na geografii. Jeśli wytłumaczy im teraz, ze ucieczka drogą morską nie jest możliwa, gotowi jeszcze w ogóle zrezygnować.
Bliżej wieży nie rozmawiali. To było trochę nielogiczne - gdyby strażnik był na górze, i tak by ich dojrzał. Skoro go nie było - do sąsiednich wież było po sto metrów.
Druty nie były specjalnie napięte. Opończa Rutkovsky'ego była pomocna, ale i pod zwykłym waciakiem można by się było przeczołgać. Spokojny dotąd Amerykanin zaczął ponaglać ich szeptem. Rozglądał się niespokojnie. Kazał Arturowi podtrzymywać druty, gdy przechodzili pozostali, choć wcale nie było to konieczne. Potem dwaj inni podtrzymywali je dla Artura. Gonili za sobą jak za psim chwostem. O co tu chodziło? Artur wytężył wzrok. Wieża faktycznie była pusta i ciemna. Tylko przez szparę w barierce mignęło mu coś. Coś, jakby ognik papierosa.
W końcu przecisnęli się. Zatarli z grubsza ślady. Śnieg padał niezbyt gęsty, ale do rana była jeszcze kupa czasu. Ruszyli. Rutkovsky przodem, potem Artur, pozostali trochę za nimi. Pochód zamykał Bush.
- Oni wiedzą? - Artur zagadnął z głupia frant.
- O czym?
- No, że na wieży był strażnik, tyle, że przekupiony?
Rutkovsky spojrzał na niego bystro.
- Nie wiedzą. I dobrze by było, żeby się nie dowiedzieli.
- OK. wytłumacz mi tylko jedno.
- Zależy co.
- Jakim cudem udało ci się go przekupić? Przecież jutro na apelu zorientują się, żeśmy uciekli. W końcu dojdą, jaką drogą. Ten gość będzie rozstrzelany.
- Ten gość w dobrym zdrowiu skończy służbę za osiem miesięcy i przez parę lat nie będzie się musiał troszczyć o środki na utrzymanie. Ani jemu, ani nam nie zależy na tym, by wiedziano, w którą stronę uchodzimy. Za mniej więcej dwie godziny wybuchnie pożar w składach przy ósmym baraku. Ich ściana jest częścią ogrodzenia obozu. Rano będzie tam pogorzelisko. I cała masa śladów zamieszania.
- Masz jeszcze kogoś w obozie?
- Nie. Ale znam się trochę na chemii. Potrafię zrobić zapalnik czasowy. Poza tym tylko głupiec uciekałby na północ - czyżbyś o tym nie wiedział?
- Właśnie chciałem cię o to zapytać.
- Spokojna głowa, bracie. Wiem co robię. Podjąłeś słuszną decyzję, gdy postanowiłeś iść z nami. Mamy do przejścia około stu pięćdziesięciu kilometrów. W trzydzieści godzin. Dasz radę?
Szlag! Nie ujdzie i dziesięciu w tych butach.
- Z palcem w nosie. A twoi kumple?
- To twardziele. Ale ty spędziłeś trzy miesiące w obozie. Dlatego pytałem.
- Dużo o mnie wiesz. Ja o tobie znacznie mniej. Nadrobimy to?
- Wkrótce. Na razie wiąże mnie pewna umowa. Ale uwierz mi, dobrze robisz, że idziesz z nami. Dobrze na tym wyjdziesz.
Super. Dobrze na tym wyjdzie. Jasne, że dobrze. Umrze wolny. Ale dlaczego nie jest mu dane wiedzieć, w czyim towarzystwie? Amerykanie. Nazwiska od Sasa do lasa. Co ich łączy? Co to za umowa? Po co, do ciężkiej cholery, jest im potrzebny? Sto pięćdziesiąt kilometrów. Dokąd idą? Do oceanu jest na pewno więcej. Czyżby mieli kogoś na zewnątrz? Wsadzili ich niedawno, na pewno nie byli byle kim na wolności. Ale skąd ten człowiek wiedziałby, do jakiego obozu ich wyślą?
A jakie to w końcu ma znaczenie? Jeszcze dziś rano byli dla niego aniołami. Niech tak zostanie. Ma się czym zajmować. Jak, u licha, stawiać stopę, żeby najmniej ją sobie ranić?
W drodze na obiekt stawiał nogi, jakby chodzili po szkle. Po powrocie, gdy walnął się na pryczę, łydki same przez pół godziny tańczyły mu drgawkami i śpiewały bólem. A stopy i tak były coraz bardziej poranione. A to było raptem dwa razy po dziewięć kilometrów. Teraz mają przejść sto pięćdziesiąt. Jeśli będzie myślał o bólu, posykiwał z każdym krokiem, stawiał stopy w specjalny sposób, to po pierwsze wysiądzie po najwyżej dwudziestu, a po drugie po prostu nie nadąży. Rutkovsky narzucił mordercze tempo. Pozostali nic nie mówili, twarze mieli poważne. Widać w nich było silne postanowienie. Zawziętość. Nie, ci ludzie nie szli umierać. I to, w co wierzyli nie mogło być ułudą. Ci twardziele podjęli się oto wyzwania na miarę tytana. Ale wiedzieli, że jeśli wytrzymają, to wygrają. Więc dojdą. Dojdą, choćby mieli stracić nogi. Choćby miały im popękać zęby w zaciśniętych szczękach. Nie zrezygnują.
Oni musieli mieć nadzieję.
Nie umrze dzisiaj. Ci faceci, gdy knajacy wyciągnęli ręce po ich własność, odpowiedzieli sztyletem. Gdy chcieli czegoś od magazyniera, nie prosili śmiecia, tylko wdeptali go w ziemię. Gdy uciekają z obozu, spłonie skład w salucie dla ich odwagi. Tak trudno przywrócić w sobie wiarę, że ludzie nie dzielą się tylko na złych a silnych i na dobrych a słabych. Ale trudno też nie wierzyć własnym oczom.
Gdyby miał zginąć, to wolał razem z nimi. Ale oto wierzył już. Wierzył, że może przeżyć. Że ma szansę być żywym i wolnym. Wytrzyma.
Nie musi być gorszy od nich. "Mogą oni - mogę i ja". Któż wiedzieć może, co oni myślą, co czują. Czy nie cierpią bardziej od niego? Nie dlatego są silniejsi, że nie czują bólu i strachu. Są silniejsi, bo nikt inny nie widzi ich bólu i strachu. I jego bólu nikt się nie domyśli. Choćby miał stracić nogi - nie jęknie i nie odstanie od pozostałych.
*
- Skąd masz kompas i mapę?
W jakieś dwie godziny później dotarli do zamarzniętej strugi. Tu Rutkovsky kazał im się zatrzymać. Wyciągnął mapę i latarkę. Z kompasu musiał korzystać już wcześniej, ale w drodze Artur skupiał się na tym, by nie tracić z oczu jego pleców.
- Ze sklepu - odparł. Humor, zdaje się, go nie opuszczał - dlaczego nie usiadłeś, jak pozostali?
Towarzysze Rutkovsky'ego tak jak i Artur unikali siadania na gołej ziemi. Ale przy strudze leżała potężna powalona sosna. Wydawała się być wygodniejsza od najmiększej kanapy.
- Mam wrażenie, że gdybym usiadł, to już bym nie wstał.
Uśmieszek Amerykanina przygasł. Temu facetowi chyba zależało na życiu Artura.
- Jest aż tak źle?
Dobre pytanie.
- A czy, jeśli nie będę mógł zachować tego tempa, przedłużysz to trzydziestogodzinne ultimatum do tego miejsca na północy? I co tam jest? Brama raju?
- Nie! Jeśli będziesz odstawać, będziemy musieli cię zostawić.
- A więc odpowiedź na twoje pytanie nie ma znaczenia.
Uśmieszek powrócił.
- Masz rację. To pytanie było głupie.
- Powiesz mi, co tam jest?
- W tej chwili duża, pusta polana. Reszty dowiesz się, jak dojdziemy.
A więc jednak mają kogoś na zewnątrz. Kogoś, kto wyznaczył im spotkanie w określonym czasie i miejscu. Tylko jak ten ktoś ich stamtąd zabierze? Psim zaprzęgiem?
- Robimy więcej niż pięć kilo na godzinę?
- Na razie zrobiliśmy siedemnaście. W dwie godziny. Ale to tempo raczej będzie spadać.
- Powiedz mi, z kim jesteś umówiony na tej polanie? Czy tego też zabrania ci ta umowa?
- Nazwisko tego faceta nic ci nie powie.
- A co dalej? Jak nas stamtąd zabierze? I dokąd?
- Do wolności. - uśmieszek nie znikał z twarzy Rutkovsky'ego - kim byliśmy dla ciebie w obozie? Zanim do ciebie przyszliśmy, ale gdy już wiedziałeś, że ci pomagamy?
- Aniołami stróżami.
- No to na tej polanie zobaczysz nasze skrzydła.
Nieźle. Ale tak chyba właśnie będzie. Siedemnaście kilometrów. Nie czuł już bólu stóp. Nie w czasie marszu. Ale wystarczyła chwila postoju i czucie wróciło. Nie miał już skóry na piętach i kostkach. Niech ruszają dalej. Po jakimś kilometrze ból znowu się odsunie. Bo on nie zanikał. Był coraz silniejszy, ale gdy nie przynosił efektu, gdy Artur zaciskał tylko zęby i szedł dalej - odsuwał się jakby na stronę. Po to, by wrócić w chwili odpoczynku. Po stu pięćdziesięciu kilometrach zobaczy ich skrzydła. Był tego pewien. I jeszcze aureole nad ich głowami. Niech już ruszają!
- Czas w drogę - zakomenderował Rutkovsky.
*
Trudno powiedzieć, ile czasu upłynęło do następnego postoju. Artur nic już nie mówił. Był coraz bardziej otępiały. Te postoje to było przedpiekle. Kiedy buty przepiłują mu ścięgno Achillesa? Ta nadzieja była jednak ułudą. Jakie skrzydła? Nie ma cudów. Tam nie będzie nic czekać. A on ucieka po to, by umrzeć. Wszystko jedno. Może iść dalej. Umrze - po co mu nogi? Tylko po co te postoje? Po co ma sobie przypominać, dlaczego tu jest i co tu robi? Iść. Trzeba iść. Skupić się na tym, by nie stracić z oczu pleców Rutkovsky'ego. I iść.
- Połknij to - Amerykanin podał mu tabletkę - i przestań spać. Potkniesz się o korzeń, złamiesz nogę i trzeba cię będzie zostawić. Weź się w garść!
Artur połknął bez słowa. Co to było? Wszystko jedno. Może arszenik. Mróz zaglądał mu do płuc, księżyc przez oczy świdrował mózg. Śnieg już nie padał. Niech wreszcie zacznie skrzypieć pod stopami. Pod tym, co z nich zostało.
Aniołowie coś do siebie mówili. Po angielsku. Patrzyli na niego z niepokojem. Może faktycznie chcą go teraz zostawić? Nie, niedoczekanie. Uciekli razem i umrą też razem. Podniósł hardo głowę.
- Możemy już iść, czy dalej będziecie pieprzyć o dupie Maryni?
*
Ta droga nie ma końca. Która jest godzina? Kiedy będzie świtać. Księżyc zaszedł, nic nie widać. Rutkovsky świeci latarką. Rzeka. Zamarznięta, ale środkiem nurtu płynie jeszcze woda. Tamci skaczą z kamienia na kamień. Artur nie potrafi. Wchodzi w wodę. I tak jej nie czuje. Nic nie czuje.
Piecze. Piecze jak diabli. Przez chwilę. A potem - prawdziwy ryk. Ryk bólu, ryk stóp - bo usta Artura wciąż są zaciśnięte. Woda dostaje się do środka. I budzi wszystko. Mięśnie i ścięgna, systematycznie piłowane, strzępy skóry, krew i ropę...
Artur pada na czworaka. Woda ogarnia go całego. Zalewa twarz, dostaje się do płuc. Więc to już? Chwała Bogu...
*
Gdy się ocknął, leżał przy ognisku. Aniołowie siedzieli po drugiej stronie i przyglądali się. Musieli wyciągnąć go z wody. Rozpalili ognisko i patrzyli. Gdy Rutkovsky dostrzegł błysk świadomości w jego oczach, podszedł i podał mu dwie tabletki.
- Łyknij to bracie i nie rób nam więcej takich numerów. Musisz wytrzymać, inaczej to wszystko traci sens.
Artur wziął tabletki. Dlaczego go ratowali? Mieli zostawić go, gdyby nie wytrzymał. Każda minuta jest cenna, mogą nie zdążyć na swój pociąg do nieba. Na co czekają?
- Dam ci jeszcze pięć minut na obeschnięcie. Musimy iść, jeśli chcemy ujść stąd z życiem.
Co się stanie, jeśli poruszy stopą? Wolał nie sprawdzać. Jeszcze pięć minut. Pięć minut do piekła.
- Chwała Bogu, że już świta, to ognisko nie jest takie widoczne - to był głos Freda Molcho. Po rosyjsku. Ale to był jakiś dziwny rosyjski. Akcent, słownictwo - nienaganne. Ale było w nim coś nie tak. Jakby gramofon przemówił ludzkim głosem - może nas nie złapią.
- Dlaczego... - nie usłyszał własnego głosu. Powtórzył mocniej - dlaczego nie zostawiliście mnie?
Molcho podszedł do niego, przykucnął. Popatrzył na niego życzliwie. Odwrócił się do pozostałych.
- Chyba już czas odkryć karty? - powiedział, znowu po rosyjsku - inaczej gotów nam umrzeć.
Pozostali wlepili oczy w Apelbauma. Ten jeszcze przez minutę bawił się, pukając gałązką w buty. W końcu wstał, podszedł i przykucnął obok Molcho.
- Zacznę od złej wiadomości - jego rosyjski był słabszy, ale zrozumiały - twój brat Jan nie żyje od ponad roku. Był moim przyjacielem, robiliśmy razem interesy. Zanim zginął, zobowiązał mnie, bym wyciągnął jego rodzinę z tego bagna. Przykro mi, ale twoja siostra popełniła samobójstwo w czasie śledztwa. Odnalazłem ją za późno.
Tak. Jaś - właściwie to było jedyne trzymające się kupy wytłumaczenie pojawienia się aniołów. Hela nie żyje. Tak też musiało być. Nie był w stanie wyobrazić jej sobie przystosowującej się do obozowych warunków. Samobójstwo. Dużo wcześniej od niego pojęła, jak wiele kosztuje kurczowe trzymanie się życia.
Ojciec został zamordowany jeszcze w czasie wojny domowej. Ale matka, co z matką?
- Gdzie jest moja matka?
- Nie powiedzieli ci? - Apelbaum spojrzał na Molcho. Ten tylko pokręcił głową - miała wylew, gdy czekała w kolejce na widzenie z tobą. Umarła w szpitalu następnego dnia.
Nie miał już nikogo.
- Przykro mi - powtórzył Apelbaum.
Więc po co? Po co, do jasnej cholery, zstąpiliście z nieba? Co ja mam jeszcze do roboty na tym najlepszym ze światów? Po co dręczycie mnie nadzieją, może i nie złudną - tylko nadzieją na co? Po co mi wolność?
- Uważasz, że nie masz już nic do zrobienia? - Rutkovsky mówił cicho, ale właśnie to, co trzeba. Skąd on wiedział?
- A ty uważasz, że mam?
- Twoją rodzinę wymordowała nie zaraza ani potop. Zrobili to ludzie. Na pewno nie masz nic do zrobienia?
- Jacy ludzie? Chcesz, żebym się mścił na KGB? To nie ludzie, to potwór, dla którego jeden człowiek jest jak atom. Mam wybić wszystkich kagebistów? W jeden miesiąc werbują więcej nowych, niż ja byłbym w stanie zabić przez całe życie. Tymi rękami nie zduszę bestii. Nawet nie zauważy, że ktoś się mści.
- Być może - Rutkovski spod ściągniętych brwi wbijał oczy w Apelbauma - być może trafi jeszcze do twych rąk miecz, którym chociaż jedną głowę bestii będziesz mógł uciąć.
- Dosyć - Apelbaum przerwał ostrym głosem - musisz sam zdecydować, czy próbowanie zemsty to dostateczna motywacja do życia. Jeśli nie - siłą cię nie zaciągniemy. Jeśli jednak będziesz chciał chociaż spróbować, mamy jeszcze przed sobą dziewięćdziesiąt kilometrów. My także dostajemy w kość, nikt cię nieść nie będzie.
Bufon. Czy on wie, co to znaczy dostać w kość? Co oni wiedzą o KGB? Miecz? Jaki miecz? Niech się cieszą, że cało unoszą głowy z obozu. Po co się do niego pchali?
No właśnie. Po co? Czy aby potęga potwora nie bierze się stąd, że on i dziesiątki milionów mu podobnych nigdy nawet przez sekundę nie ośmieliło się w nią wątpić? A ci tutaj weszli mu w paszczę i oto uchodzą z życiem drwiąc z jego potęgi. Otwarli mu wrota - nie, nie do wolności. Nie do zemsty. Nie dojdzie. Otwarli mu wrota do szacunku do siebie samego. Po to zesłał ich Bóg i po to weszli w gardziel potwora. Nie odrzuci tego daru.
Śmierć to śmierć - co za różnica, tutaj z mrozu czy w drodze, z wyczerpania. Tylko tutaj - to śmierć w klęsce a tam - śmierć w walce.
- Prawdopodobnie zdechnę. Ale zdechnę idąc.
Molcho podał mu rękę. Pomógł wstać. Twarz Artura oblała się potem. Ale nie stęknął. Apelbaum i pozostali podchodzili i ściskali jego dłoń. Nie zauważyli.
- Wiem już, kim jesteś, Dave. Powiesz mi coś o pozostałych?
- To już żadna tajemnica. Al Bush to także przyjaciel twojego brata, szukali razem ropy w Teksasie. Chris Rutkovsky jest prywatnym detektywem. Dobrym. Wynająłem go także dlatego, że zna rosyjski. Zajmuje się organizacyjną stroną twojego uwolnienia.
- A Molcho?
- Fred? Jest profesorem na uniwersytecie. Wykłada literaturę rosyjską. Miał podszlifować nasz rosyjski. Ale gdy dowiedział się, dokąd się wybieramy, nie sposób było już się od niego uwolnić.
- Po co się tu pchałeś, Fred?
Grubas spuścił wzrok.
- Dochodziły do nas śladowe wieści, bardzo niewiarygodne. Chciałem zobaczyć, czy to możliwe.
- I jak?
- Jest gorzej, niż byłbym w stanie uwierzyć, gdybym nie zobaczył.
*
Artur niewiele pamiętał z tego dnia. Wiedział tylko, że szedł w świetle słońca. Plecy Rutkovsky'ego wyznaczały horyzont jego świata. Zdusił świadomość, próbując ukryć ją przed bólem. Zaczaił się w najdalszym zakamarku mózgu i obserwował. Podjął już właściwą decyzję, decyzję, której nie potrzebował się wstydzić. To co pozostało, to obserwować i czekać. Czekać, kiedy jego wyczerpany i poraniony organizm zużyje resztkę sił i przestanie reagować na sygnały płynące z mózgu. I kiedy mózg przestanie przyjmować sygnały organizmu. Ból wtedy ustąpi a on przekroczy próg.
Już tam na niego czekają.
Nie robili postojów. Tempo marszu było znacznie słabsze niż nocą, ale Rutkovsky nie ponaglał. Mieli zapas. Bardziej martwiła go możliwość natknięcia się na jakiegoś przypadkowego człowieka. Myśliwego albo drwala. Było to bardzo mało prawdopodobne, ale właśnie dlatego nie miał nic na taki przypadek przygotowanego. Wykluczył go od razu, planując akcję, a teraz robiła się z niego zmora. Może psychoanalitycy mają na to jakieś specjalne określenie? Natręctwo, natręctwo z góry wykluczonej możliwości, która już w akcji zaczęła wyglądać na realne zagrożenie. Mimo mrozu było mu gorąco.
Bush myślał już o przyszłym tygodniu. On wiedział. Wiedział, że ci faceci są już bezpieczni. Był z nimi, a więc musiało się udać. Koń, na którego postawił zawsze przychodził pierwszy. Ziemia, którą kupił zawsze była roponośna. Tak został wychowany i tak działo się zawsze. Znał sekret sukcesu. Nie obstawiał, gdy nie miał pewności zwycięstwa, nie kupował, gdy zaufany geolog nie gwarantował mu, że znajdzie ropę. Tak samo, jak bez spełnienia warunków powodzenia można być pewnym klęski, tak po ich spełnieniu można być pewnym zwycięstwa. W tym wypadku warunki były spełnione. W każdym innym nie ruszałby się z Teksasu.
Molcho trawił swoją świeżą wiedzę o Rosji. Jak to było możliwe? Czy to mogło być dzieło człowieka? I co zrobić po powrocie? Wykrzyczeć? Kto mu uwierzy? Ale jakże tu nie krzyczeć? A jednak - zniszczyć własny autorytet. Cóż to pomoże komukolwiek. Da świadectwo prawdzie, ale czy będzie mógł mieć czyste sumienie? Dlatego, że powiedział swoje, choć nikt mu nie uwierzył? A przy tym - jeśli zapisze się w pamięci ludzi jako oszołom i anty-sowiecki fanatyk, czy nie zniszczy swoich możliwości działania tam, gdzie je w istocie posiada?
Już wiedział, co mu czynić należy. Choćby ta machina śmierci była doskonała, z jej trybów zawsze wysypie się garść nie zmielonych do końca ziaren. Część z nich trafi do wolnego świata. O - ci ludzie (w przeciwieństwie do niego) nie będą mieli nic do stracenia. Będą krzyczeć pełną piersią. Kto wie, może znajdą się wśród nich tacy, którym pióro nie jest obce. Nie jest jego rzeczą mieszanie się w politykę. Ale literatura - o, tu wielu ludzi liczy się z jego zdaniem. Musi pracować, pracować i jeszcze raz pracować. Jest jeszcze młody. Musi zdobyć taką pozycję, by móc jednym artykułem wynieść emigranta do panteonu tuzów literatury albo skazać na zapomnienie. A kryterium stosować tylko jedno. Prawdę.
Apelbaum - zatopiony w myślach - wahał się. Oto, godzina za godziną, nieubłaganie zbliża się czas, w którym trzeba będzie wydać wyrok. Nie sposób było ukryć rozczarowania. Gdy myślał dotąd o bracie Jana, wyobrażał sobie wysokiego, barczystego zwycięzcę, dla którego szczęście jest zawsze na wyciągnięcie ręki i oceany po kolana. Bracia z jednego ojca i jednej matki nie mogą się przecież aż tak różnić. Ale oto teraz wiodą ze sobą ledwo żywego, "trzy ćwierci od śmierci", przegranego faceta. Wiedział już wcześniej, że tutaj - zwłaszcza w obozach - wszyscy muszą tak wyglądać. I założył sobie kryteria osądu, które musiały być obiektywne. Artur spełniał je - nie był chwiejny. Śmiało spojrzał w oczy śmierci. Tylko właśnie - śmierci. Apelbaum nigdy nie oceniał pochopnie. Przed tą próbą konsultował się z lekarzami. Czy wyniszczony obozem ale zdrowy organizm jest w stanie wytrzymać forsowny marsz na sto pięćdziesiąt kilometrów? Odpowiedzi nie były jednoznaczne, ale w zasadzie można je było sprowadzić do jednej: "jeśli wierzy, że dojdzie, przejdzie i trzysta". Czy może być porównywana zdolność do ryzykowania życiem Jana, który dostawał od życia wszystko, czego zechciał ze zdolnością Artura, który właściwie marzy o śmierci? Czy to aby na pewno odwaga? Tak, ale odwaga straceńcza. Bez wiary i bez wytrwałości. Jednak - czy wolno jemu, który zazwyczaj sypia w apartamentach - oceniać wytrwałość człowieka, który od miesięcy sypia na deskach, haruje fizycznie dwanaście godzin na dobę i umiera z głodu? A jednak - musi dokonać tej oceny.
Gdy ostatnie promienie słońca znikły za horyzontem, Artur Galerkin ułatwił Dawidowi Apelbaumowi podjęcie decyzji. Organizm, wciąż nękany alarmami bólu ze stóp, na które nie reagował mózg, zadziałał sam. I Artur stracił przytomność.
*
Godzin, które płynęły po zachodzie słońca, Artur potem nie pamiętał. Świadomość tego, że upadek równa się śmierci, pogodzenie się z nią - spowodowało, że mózg jego wyłączył się zupełnie. Trudno to było nawet nazwać głębokim snem. To był prawie letarg.
Ale ktoś tam, na górze, uznał, że nie jest prawem człowieka decydować, kiedy zakończy życie które od Niego dostał w darze. Położyli go na rozwiniętej przez Rutkovsky'ego opończy. Detektyw był przewidujący, daleko bardziej, niż pierwotnie wymagał od niego Apelbaum. Skórzane pasy, naszyte na opończę, wcześniej wydawało by się - bezcelowo, teraz, zarzucone na ramiona znacznie ułatwiły im dźwiganie. Apelbaum podjął swoją decyzję, ale i w nim i w każdym z nich wszystko wzdrygało się przed zostawieniem na śmierć tego doświadczonego przez życie chłopaka, którego wcześniej wyrwali z piekła.
Następne godziny - dla Amerykanów najdłuższe w całej tej wyprawie - dla Artura nie istniały. Nie zachował z nich nawet cienia wspomnień. W swej kołysce, jak niemowlę, pierwszy raz od długich miesięcy nie drżący o nic - spał jak kamień.
Pierwsze wspomnienie było bólem. Nie wiedział kim ani gdzie jest, nie wiedział co tutaj robi. Wiedział jedno. Potwornie bolały go nogi. Leżał wśród śniegu, na skórzanej opończy. Ból był tak wściekły, że w zasadzie nie zwracał uwagi na czterech facetów, rozpalających na wielkiej polanie rząd ognisk. Potem doszedł do niego warkot. Nawet przyjemny warkot, który swoją jednostajnością każe przymknąć oczy, nie myśleć o niczym i spać.
Warkot nie był jednostajny. Był coraz głośniejszy. Artur skupił się nad sobą. Co się dzieje? Podniósł wzrok.
Zobaczył skrzydła aniołów.
Pamięć wróciła. Był zbiegłym niewolnikiem, który nie powinien żyć. Dotarli (Dotarli? Został przyniesiony!) do bram raju, u których aniołowie obiecali mu pokazać swoje skrzydła. I dotrzymali słowa. Duży, dwusilnikowy górnopłat z zmalowanymi oznaczeniami podchodził do lądowania.
Potem wspomnienia znowu mu się zatarły. Widział Amerykanów radośnie witających się z pilotem. Musieli go chyba wnieść, bo tutaj miał lukę. Następnym wspomnieniem była roześmiana twarz Rutkovky'ego, stojącego przy nim w kucki w kabinie samolotu. Byli już w powietrzu.
Detektyw dostrzegł, że Artur odzyskał przytomność.
- No cóż, nie wszystko ułożyło się tak, jak chciałem, ale chyba mamy się z czego cieszyć, Arturze. Będziemy żyli. Wkrótce będziemy w Finlandii.
Galerkin z trudem podniósł się na łokciu.
- Nie zostawiliście mnie - wyszeptał - jestem waszym dłużnikiem.
Amerykanin uśmiechnął się kwaśno.
- Byłbym bardzo rad, mogąc nazywać cię swoim przyjacielem, ale tak się składa, że nie jesteś nam nic winien. Widzisz, twój brat - to był nie byle jaki gość. Z Francji przyjechał bez grosza. Na wschodnim wybrzeżu pracował jako robotnik kolejowy. Gdy odłożył parę dolarów - wyrwał na Alaskę, szukać złota. To był znakomity geolog. Potem trafił do Teksasu. Pracował kilka lat dla Busha. Gdy przyszedł kryzys, miał już dość, by nic nie robić i pławić się w luksusach. Ale to nie było dla niego. Wciągnęli do spółki Apelbauma, który jest bogatym bankierem, i otworzyli linie lotnicze. I udało im się, przetrwali. Twój brat promował je, biorąc udział w wyścigach lotniczych. Zginął w katastrofie. Zostawił testament, wyznaczył Apelbauma jego wykonawcą. Miał ściągnąć z Rosji jego rodzinę. Zarówno Bush jak i Apelbaum zbyt wiele mu zawdzięczają, żebyś ty mówił o długu. Ja jestem tylko facetem od czarnej roboty, dostanę swoją dolę. Jeśli możesz mówić o długu, to chyba tylko wobec Molcho. Wyruszył z nami zupełnie bezinteresownie.
Artur spojrzał w oczy detektywa.
- Dlaczego nie powiedziałeś mi od razu?
Rutkovsky westchnął.
- Widzisz, testament zawierał pewną klauzulę. Żyliście w kraju, o którym wiadomo bardzo niewiele. Poza tym, że łamie się tam charaktery. Skąd można było wiedzieć, że nie zostałeś, np. oprawcą KGB? Albo, że twoja dusza, raz złamana w śledztwie, nie przeistoczyłeś się oto w duszę niewolnika? Twój brat zostawił majątek liczony w milionach. O ile wiem, równowartość ponad czterech milionów dolarów. Ale nie chciał, by dostał się on w ręce człowieka z duszą niewolnika. Zobowiązał w testamencie Apelbauma do przeprowadzenia pewnego testu.
Cha.
- Oblałem?
- Niestety.
Właśnie stracił cztery miliony dolców. Nie każdy może się chyba pochwalić czymś podobnym. Chciało mu się śmiać.
- Przykro mi - Rutkovsky spuści wzrok - Dave nie wierzy, że jesteś bratem Jana. To znaczy nie wierzy, że łączy was cokolwiek, poza fizycznym pokrewieństwem. Forsa trafi do Czerwonego Krzyża. Gdybyś doszedł o własnych siłach.
Aha, to o to chodzi. No cóż, łatwo przyszło, łatwo poszło.
- Żałujesz?
Dobre pytanie.
- Wyszedłem z piekła na ziemi. Pogodziłem się ze śmiercią, tak do końca. I oto żyję. I będę wolny. A ty mnie pytasz, czy żałuję głupich czterech milionów dolarów? Nie jestem głupszy od Jasia, sam zrobię większe pieniądze.
Rutkovsky uśmiechnął się. Tak, jak na początku. Tak, jakby coś mu się udało.
- Ja też byłbym bardzo rad, mogąc nazywać cię swoim przyjacielem - dodał Artur.
Podali sobie dłonie.
- Umowa w zasadzie nie precyzowała, co się z tobą stanie w razie niepowodzenia testu. Zanim nie wydobrzejesz, zabiorę cię do mego domu, do Chicago. Masz mózg i dwie ręce, dasz sobie radę.
W to nie wątpił. Ale miał jeszcze coś do dokazania.
- Możesz poprosić tu Apelbauma?
- Jasne. Dave, możesz tu pozwolić?
Bankier, zapatrzony dotąd w iluminator, podniósł się z ławki i podszedł do nich. Pozostali dwaj Amerykanie też się zbliżyli.
- Czego sobie życzysz, Chris?
- Artur ma do ciebie sprawę.
Galerkin podniósł się na łokciu.
- Czy to prawda, że oblałem swój test, ponieważ nie doszedłem o własnych siłach?
Dawid spuścił głowę. Wcale nie łatwo być sędzią. Ale on postępuje dokładnie tak, jak nakazał mu testament. Uczciwie. Wyprostował się.
- Pogodziłeś się ze śmiercią, odpuściłeś. Choć miałeś fizyczne możliwości dojść o własnych siłach. Nie miałem wyboru. Nie mogę uznać cię za brata Jana.
- Mogę mieć do ciebie jedną małą prośbę?
- Proś.
- Pomóż mi zdjąć buty.
Amerykanie spojrzeli po sobie. Odbiło mu? Ale nie Apelbaum. Od jego decyzji, od jego oceny nie raz już zależało, czy ktoś uznany zostanie za bankruta, czy za osobę godną zaufania. Nauczył się nie oceniać pochopnie. Nie wyciągać zbyt wcześnie wniosków - i nie przywiązywać się do nich zbytnio. Tak, być może nie wszystkie czynniki wziął pod uwagę, oceniając "fizyczne możliwości" Artura.
- Dobrze - odpowiedział.
Gdy rozsznurowywali traperki, twarz Galerkina oblała się potem. Gdy Dawid delikatnie zaczął mu je ściągać, Artur nie wytrzymał i wbił zęby we własną rękawicę.
Po kabinie rozeszła się woń ropy. Na opończę kapała krew. Oczy Amerykanów zrobiły się szerokie.
Artur oddychał głęboko.
- Nabrałeś mnie, synu - odezwał się głos Dawida - jesteś bratem Jana.
Notatka: Ciekawe opowiadanie, chociaż temat wydaje się dla współczesnego, zwłaszcza młodego czytelnika, odstręczający, bo i rzeczywiście literatura obozowa, łagrowa i martyrologiczna nieco się w ostatnich latach zużyła. niemniej trudno odmówić autorowi prozatorskiego talentu. Spokojnie i konsekwentnie, z dużą kulturą języka, buduje swój pomysł. Pomysł nie do końca może prawdopodobny, ale ciekawy. Mało jest tu elementów niepotrzebnych dla rozwoju akcji i budowy charakteru postaci, co we współczesnej prozie zdaża się niezwykle rzadko. Ta czystość i pokora, z jaką autor podporządkowuje swojego narratora fabularnemu zamysłowi powinna budzić szacunek. Znamionuje to zdolnego twórcę, który szanuje czytelnika i dba o jego przyjemność. Samo opowiadanie w ciekawy sposób wymyka się w końcówce "łagrowym" schematom. Autor w interesujący sposób ukazał także cywilizacyjne starcie dwu "odległych" kultur.
|
| |
Wynik głosowania: 4.46 Głosów: 15

| |
|
Re: KRÓLEWICZ NA ZIARNKU GROCHU /historia pewnego niewolnika/ * * * (Ocena czytelników: 1) przez aneza dnia 26-03-2008 o godz. 18:25:33 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) | Opowiadanie mi się podoba. Mam tylko dwa zastrzeżenia - po pierwsze, siedzenie przy ogniu. Opisałeś, że urkowie (knajacy to chyba nie z tego rejonu określenie) siedzieli cały dzień przy ogniu. Owszem, ognie palono, ale nie dało się wysiedzieć przy minimalnym instynkcie samozachowaczym. Ogień grzeje z przodu, a plecy ziębi 40 stopniowy mróz. W nieruchomych kończynach powstają skrzepy zlodowaciałej krwi i kiedy pierwszy z nich dotrze do serca, jest koniec. Tak właśnie umierało w łagrach wiele "dochodiag" - siadali przy ogniu i nie reagowali na nic, nawet bicie czy groźbę zastrzelenia - zresztą wiadomo było, że szkoda na nich kul, bo potem wystarczyło sprzątnąć mrożonkę. Istotą przeżycia był ruch.
Druga rzecz, też związana z zimnem - od chwili kiedy stracił przytomność powinno go spotkać to samo.
A co się dzieje, kiedy obcierają buty... Tak, już sobie wyobrażam, jak musiały wyglądać jego nogi. Tyle że za wcześnie, żeby śmierdziały ropą, o ile się nie mylę.
Siedemnaście kilometrów w dwie godziny. Sorry, Voronve, czy ty wiesz o czym mówisz? - przecież oni szli przez śnieg. Wiesz jak się idzie w głębokim śniegu? To akurat jest niewykonalne. Podobnie z tymi 150 kilometrami w trzydzieści godzin. Pięćdziesiąt na dzień to i tak niesamowita wyrypa dla zwykłego, odkarmionego śmiertelnika. |
[ Odpowiedz na to ]
Re: KRÓLEWICZ NA ZIARNKU GROCHU /historia pewnego niewolnika/ * * * (Ocena czytelników: 1) przez Voronwe dnia 30-03-2008 o godz. 21:29:24 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) | Po pierwsze, to dziękuję serdecznie za lekturę i komentarz. Nigdy bym się nie spodziewał, że ktoś będzie do tych staroci wracał :)
Od końca.
‘150 kilometrami w trzydzieści godzin. Pięćdziesiąt na dzień to i tak niesamowita wyrypa dla zwykłego, odkarmionego śmiertelnika’
- żeby nie rozpoczynać dyskusji nad granicą ludzkich możliwości (nierozstrzygalnej teoretycznie – a jakoś nie potrafię wyobrazić sobie materialnej stawki zakładu wystarczającej, żeby do takiej próby stanąć) – po prostu zgódźmy się, że moja opowieść z cała pewnością nie jest o ludziach których określasz mianem ‘zwykłych śmiertelników’.
Odn. ropy, przeżycia nieprzytomnego i ogniska, to mam lekkie wrażenie, że w całym bardzo starasz się odnaleźć dziurę. Może i jest tam dziura, ale zastanów się – ‘Ogień grzeje z przodu, a plecy ziębi 40 stopniowy mróz’ (tak nawiasem – dlaczego akurat 40-stoniowy?) – nie przyszłoby Ci do głowy zmienić od czasu do czasu pozycji? Dlaczego dobrze ubrany człowiek, straciwszy przytomność, ma umrzeć na mrozie – jeśli nie zostanie porzucony? I wreszcie odnośnie zapachu ropy który nie ma prawa, jak rozumiem, pojawić się po dwóch dobach – to myślę, że jednak ma prawo.
Ale generalnie protokół rozbieżności jest krótki – a zbieżności jeszcze krótszy, za to bardziej znaczący.
Mnie też opowiadanie się podoba – po sześciu latach. Większość moich wypocin przestaje mi się podobać po tygodniu :) |
[ Odpowiedz na to ]
Re: KRÓLEWICZ NA ZIARNKU GROCHU /historia pewnego niewolnika/ * * * (Ocena czytelników: 1) przez aneza dnia 30-03-2008 o godz. 23:19:47 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) | To tylko takie uwagi praktyka.
40 stopni - nie wiem, gdzie leży miejsce, o którym piszesz, ale generalnie na Syberii w zimie jest zimno (te 40 stopni się często zdarza, a przy 30 normalnie pracowano). A jeśli chodzi o śmierć przy ognisku, to właśnie niedawno czytałam o tym u Kapuścińskiego. Przy ognisku można było się ogrzać na chwilę. Zresztą to co piszę, jest zgodne z medyczną wiedzą na temat hipotermii.
Sama też próbowałam kiedyś ogrzać się przy ogniu w niesprzyjających warunkach pogodowych w zimie (no, takiego mrozu nie było, ale za to mocno wiała). I, mimo tego, że nie siedzieliśmy, a ruszaliśmy się, a i w końcu powstało coś w rodzaju herbaty, zmarzliśmy tak, że mógł nas ogrzać tylko szybki marsz. Zdrowych, w miarę wysportowanych i nieco wyszkolonych ludzi.
A jeśli chodzi o prędkość marszu, to standartowo idzie się 6km/h po twardym. Jak kogoś bardzo ciśnie, może to trochę wyżyłować, ale potem zaczyna się bieg. A oni idą. I to przez śnieg. A tu nie da się podgonić. Prędkość spada, i to nawet czasem poniżej 1km/h (zależy od głębokości śniegu). |
[ Odpowiedz na to ]
Re: KRÓLEWICZ NA ZIARNKU GROCHU /historia pewnego niewolnika/ * * * (Ocena czytelników: 1) przez aneza dnia 30-03-2008 o godz. 23:27:19 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) | | A jeśli chodzi o wychłodzenie lub zamarznięcie (to w zasadzie dwa różne pojęcia), to dwa razy prześlizgnęłam się bardzo blisko (tych blisko było więcej, ale co do dwóch to była już i pełna świadomość, że w zasadzie jestem na krawędzi i drobne wydarzenie może tę szalę przechylić). Ubranie nie ma nic do rzeczy - w górach umierają ludzie młodzi, zdrowi, z "warstwą izolacyjną" i w pełni ubrani, wystarczy, że na chwilę usiądą odpocząć i przestaną walczyć. |
[ Odpowiedz na to ]
Re: KRÓLEWICZ NA ZIARNKU GROCHU /historia pewnego niewolnika/ * * * (Ocena czytelników: 1) przez aneza dnia 31-03-2008 o godz. 01:13:04 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) | Jedną z takich sytuacji opisałam w "Rzucie beretem", aczkolwiek bardzo trudno jest opisać coś takiego, zwłaszcza, że w końcu "nic się nie stało".
A jeśli chodzi o granice możliwości, to nie można nic powiedzieć na pewno o wytrzymałości, ale jeśli chodzi o rekordy prędkości człowieka to jakieś szacowanie łatwo zrobić ze względu na jego fizyczne ograniczenia. Jeżeli przeszli 17km/2h, to po pierwsze nie szli a biegli. A jeśli padał śnieg (miał przecież zasypać ich ślady, czyli sporo go było), to jest to fizycznie niemożliwe - trzeba odjąć czas, w którym noga zapada się w śniegu. A jeśli pod spodem jeszcze jest więcej nieubitego śniegu...
A o tych ludziach umierających setkami z wychłodzenia przez to, że grzali się przy ognisku, sama niedawno się dowiedziałam.
A czepiam się, bo tekst jest dobry, i tylko niektóre rzeczy wydają mi się sztuczne. |
[ Odpowiedz na to ]
Re: KRÓLEWICZ NA ZIARNKU GROCHU /historia pewnego niewolnika/ * * * (Ocena czytelników: 1) przez Voronwe dnia 31-03-2008 o godz. 21:44:52 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) | Po pierwsze, to doceniam uwagi praktyka i szanuję doświadczenie. Dyskutuję nie dla tego, by je dezawuować, tylko dlatego, że w czasach gdy opowiadanie powstawało, też byłem do pewnego stopnia praktykiem. A także i dlatego, że generalnie staram się jednak nie pisać o rzeczach, o których nie mam pojęcia.
'(...)40 stopni - nie wiem, gdzie leży miejsce, o którym piszesz, ale generalnie na Syberii w zimie jest zimno(...)'
Trudno się nie zgodzić, bo nawet w Egipcie zimą jest zimniej niż latem :)
Miejsce o którym piszę (kilkakrotnie - jak widać niezbyt wyraźnie) leży w Komi. Inny kontynent. Klimat jest chłodniejszy niż w Polsce, ale do syberyjskich mrozów daleko. W grudniu zdarza się nawet '+' za dnia.
'(...)A jeśli chodzi o prędkość marszu, to standartowo idzie się 6km/h po twardym.(...)'
Może nietypowy ze mnie 'chodziarz', ale 17 km w dwie godziny robiłem, chociaż nie w śniegu. Śnieg oczywiście nie pomaga, ale poniżej pewnej głębokości także nie przeszkadza, a w Komi najwięcej pada akurat latem. Śnieg występuje w opowiadaniu raptem kila razy:
'(...) Śniegu tu nie było - byli pod okapem (...)' - jak widać niespecjalnie też wiało :)
'(...) Śnieg padał niezbyt gęsty, ale do rana była jeszcze kupa czasu (...)'
'(...) Śnieg już nie padał (...)' itd.
Nie wydaje mi się, bym sugerował gdziekolwiek syberyjską zimę.
Ponadto te dwie godziny to '(...) W jakieś dwie godziny później (...)' Artura - odczucie subiektywne człowieka bez zegarka. Obiektywne jest 150 km w 30 godzin, które oczywiście jest osiągnięciem z pogranicza ludzkich możliwości, ale właśnie coś takiego było mi w tej historii potrzebne. |
[ Odpowiedz na to ]
Re: KRÓLEWICZ NA ZIARNKU GROCHU /historia pewnego niewolnika/ * * * (Ocena czytelników: 1) przez aneza dnia 01-04-2008 o godz. 00:12:53 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) | "Do rana śnieg zakryje ślady." - o to mi chodziło. A żeby zakrył ślady w już leżącym śniegu, musi być go sporo - no, chyba że ślady na gołej ziemi. I od razu przyszło mi do głowy tempo marszu w śniegu, które znam z własnego doświadczenia.
To jeśli jest na plusie, to OK, przynajmniej co do zamarzania. Ja cały czas miałam w głowie Workutę, bo tam najbardziej przeżycie zimy graniczyło z cudem.
A o 6km/h pisałam jako standartowym, czyli bez specjalnego wysiłku i tak można iść przez długi czas, przy większej prędkości już trudno, poza tym, według mnie, zaczyna się podbieganie. Choć mnie też zdarzyło się pobić rekord szybkości, jak miałam półtorej godziny do autobusu dziesięć kilometrów dalej, a zegarek mi nawalił. Zdążyłam jeszcze nie tylko wyschnąć, ale i zjeść prowizoryczne śniadanie. |
[ Odpowiedz na to ]
|
|
Re: KRÓLEWICZ NA ZIARNKU GROCHU /historia pewnego niewolnika/ * * * (Ocena czytelników: 1) przez auganoff dnia 09-07-2009 o godz. 21:06:02 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) | Znakomita narracja - właśnie taka oszczędna, elegancka w swojej prostocie. To wielki plus.
Sama historia - ciekawa. Na początku wciągnęła mnie bardzo. Dalsza część i pointa - minimalnie, ale mnie jednak rozczarowały. Zwłaszcza ten happy end, choć zbieżny z tytułem, nie do końca do mnie przemawia.
Powtarzam jednak - jeśli chodzi o narrację, to mogę na razie jedynie o takim poziomie pomarzyć. |
[ Odpowiedz na to ]
|
|
| |
Portal Literacki - Fabrica Librorum 1998-2009
e-mail: redakcja{małpiatka}portalliteracki.pl"
|
|
Zalecane rozdzielczości: 1024x800 do 1280x1024.
Strona zgodna z Opera (od 5), Mozilla (od 0.9.5) Netscape (od 5) oraz IE (od 4), ale IE lepiej nie używać.
|
Publikowane teksty są własnością ich autorów. Kopiowanie, powielanie, odtwarzanie publiczne bez zezwolenia jest zabronione.
Copyright © 2005 by Francisco Burzi. This is free software, and you may redistribute it under the . PHP-Nuke comes with absolutely no warranty, for details, see the .

|
| |
|