· ZAHIPNOTYZOWAĆ MARIĘ, Bach Richard, Dom Wydawniczy REBIS, recenzent: Kwiatkowska Anita · OFIARA W ŚRODKU ZIMY, Kallentoft Mons, Dom Wydawniczy REBIS, recenzent: Błaszkowska Alina · MOGLIBY W KOŃCU KOGOŚ ZABIĆ, wielu autorów, Oficynka, recenzent: Żygulska Justyna · DEWIACJA, Cook Robin, Dom Wydawniczy REBIS, recenzent: Lipski Bartosz · I ŻE CIĘ NIE OPUSZCZĘ, Gilbert Elizabeth, Dom Wydawniczy REBIS, recenzent: Żygulska Justyna · INTRUZI, Marshall Michael, Albatros, recenzent: Cichowlas Robert · OBCY ELEMENT, Zakirov Oleg, Dom Wydawniczy REBIS, recenzent: Kwiatkowska Anita
[ RECENZJE ]
| |
|
- - www.literacka.pl - - czyli książki fabrykantów i inne
|
|
|
Jeśli chcesz być powiadamiany o nowościach w Serwisie podaj swój adres e-mail. | |
 | Anonimowe komentar... |
 | 18 NUMER CEGŁY - Z... |
 | pijawka ... |
 | Literatura i umysł... |
 | Magazyn Cegła na w... |
 | Szukam autora teks... |
 | SATYRYCZNY PIĄTEK... |
 |
Artykuł: Szynka i salceson czyli pocztówka z Moskwy /reportaż/ * *
Wysłano dnia 14-12-2009 o godz. 01:47:55.
|
|
Autor: sleepyhead
-
Może to panią zdziwi – przewodniczka mówi ze skrępowaniem, odwijając
kanapkę z zatłuszczonego papieru – ale ja o wiele bardziej lubię
salceson niż szynkę.
- Dlaczego dziwne? Salceson jest pyszny. Czarny, ozorkowy.
- Prawda? - Ucieszona, wyjmuje z torby drugą kanapkę i mnie
częstuje. Grzecznie odmawiam. Rzeczywiście lubię salceson, kaszankę i
nawet pasztetową, do której podobno dodają zmielony papier toaletowy,
ale nie serwowane w cudzym zatłuszczonym papierze, rozmiękniętym
chlebie, wymiętoszone i spocone po kilkugodzinnym pobycie w torbie.
Salceson najlepiej smakuje, krojony kozikiem na „Trybunie Ludu”, a
teraz to już raczej na „Wyborczej”, ale to musi być moja własna gazeta,
mój kozik, a nie jakieś cudze tłustości i smrodki. Ponadto salceson ma
do siebie to, że jego intensywny, podrobowy zapach przyprawia o mdłości
osoby, które nie są w danej chwili jego konsumentami. Tak jak z
papierosami. Nie przeszkadza mi dym z własnego papierosa, nie
przeszkadza dym z cudzych papierosów jeśli akurat palę, ale zaczyna
śmierdzieć okrutnie, kiedy ja gaszę swojego, a ktoś inny zaczyna
kopcić. Albo jak z czosnkiem. Mogę się całować z zagrypionym
chłopakiem, który najadł się czosnku – ale tylko wtedy, kiedy sama
jestem naczosnkowana. Inaczej po prostu zbiera mi się na wymioty. Teraz
też trochę zaczyna mnie mdlić, więc z uprzejmości odczekuję chwilę,
żeby nie sprawić przykrości przewodniczce, a potem próbuję uchylić
okno. Szarpię za rączkę, prawie się na niej uwieszam całym swoim
ciężarem, okno jednak ani drgnie. Sierpień, gorąc straszny.
- Nie otworzy się – przewodniczka mówi, memlając chleb z
podrobami. Spomiędzy kromek zwisa galaretowaty glutek. - Zaśrubowane na
amen. Dla bezpieczeństwa.
Wychodzę na korytarz, żeby w zastępstwie świeżego powietrza, łyknąć
haust papierosowego dymu, zdezynfekować gardło i przewody nosowe
rozkosznym tytoniowym smrodkiem. Nie mam pojęcia, czy tu można palić.
Przydałyby się tabliczki z czerwoną krechą na rozmiękniętej kanapce:
„Nielzja kuszać smierdziajuszczyjech sandwiczow”. Albo jakoś tak.
Rosyjskiego uczyłam się przez osiem lat, od piątej klasy podstawówki.
Obowiązek taki był, tak samo jak automatyczna przynależność do
Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. W podstawówce przedmiot ten
traktowało się jak każdy inny. Podobała mi się jego melodia, miękkość,
przypominające chińskie znaczki bukwy, które bardziej się rysowało niż
pisało. Obowiązkowa była też „korespondencyjna przyjaźń” z rówieśnikami
ze Związku Radzieckiego. Każdy uczeń miał przydzielonego swojego druga, do którego parę razy w roku pisywał krótkie listy językiem zaczerpniętym z czytanek. Kak twaja kanikuła? Ja guljał pa parkie, kupałsja w ozjerie, widieł pamiatnik Lieninu i kupił suweniry.
Wymienialiśmy się znaczkami – my im wysyłaliśmy z Hermaszewskim, oni
nam – z Gagarinem. W liceum byliśmy już bardzo dorośli. Przeżyliśmy
stan wojenny, zerwaliśmy się z lekcji, żeby pójść na pogrzeb
Popiełuszki, słuchaliśmy Radia Wolna Europa i z wielkim bohaterstwem
wpinaliśmy sobie oporniki w klapy kurtek. Na rosyjski wciąż trzeba było
chodzić i się chodziło, choć z wyższością i pogardą. Chciał, nie
chciał, trochę człowiek rosyjskiego liznął, ale organ nieużywany
zaczyna zanikać, więc po paru latach i mój rosyjski obumarł. Umiałam
się dogadać, wiele rozumiałam, ale jeszcze więcej zapomniałam.
Rozpacz mnie ogarnia na myśl o powrocie do salcesonowego
przedziału, ale nie mam wyboru. Jako samotną osobę w grupie
przydzielono mnie do sypialnego zajmowanego przez przewodniczkę.
Powinnam się cieszyć, bo zajmujemy przedział tylko we dwójkę i mamy
nawet malutką umywalkę pod oknem. Po długiej podróży rano będę mogła
spokojnie umyć zęby, a na noc bez skrępowania przebrać się w dres do
spania. Cóż za zbytek! Prawdziwy luksus w zapyziałym, brudnym pociągu
radzieckich linii kolejowych zmierzającym z Warszawy do Moskwy. Kiedy
wjechał na peron, niemalże się zdziwiłam, że na dachu nie siedzą
Kałmucy z kurami w klatkach, okryci baranimi skórami. Pani
świeżo-upieczona-kapitalistka jedzie do komunistycznej Moskwy. W Polsce
już mamy taką wolność, taką demokrację i dobrobyt, że możemy grymasić i
świadomie, a nie z konieczności, przedkładać salceson nad szynkę, a tam
pewnie białe niedźwiedzie chodzą po ulicach. Nie, to nie tak. Będzie
melancholijny Okudżawa i drapieżny Wysocki, będzie Sadowa i artystyczny
Arbat – z takim nastawieniem wybrałam tę wycieczkę. Ale ten salceson,
te okna zaśrubowane, ten pociąg obdrapany z szybami tak brudnymi, że
niewiele przez nie widać – to wszystko nieprzyjemnie usprawiedliwia
moje stereotypowe myślenie o sowieckiej rzeczywistości. W kieszeni mam
kilkadziesiąt dolarów. Wolno wwieźć niewielką ilość rubli i jeszcze
mniej dolarów, które na miejscu można wymienić w hotelowym kantorku na
miejscową walutę. Starczy na pocztówki do znajomych i trochę pamiątek,
myślę. Nie mam pojęcia o kursie dolara w ZSRR.
Z przedziału obok wychodzą dwaj młodzi mężczyźni. Piękni, wysocy,
smagli, wyglądają zupełnie jak włoscy modele. Gęsta chmura dymu
papierosowego, która mnie spowija, to dla nich znak, że można podejść i
zagadnąć. Palacze zawsze znajdą wspólny język. Nasz język jest
polsko-rosyjsko-angielski, bo moi towarzysze okazują się Rosjanami
wracającymi do domu, aż na Syberię. W Moskwie mają przesiadkę.
Częstujemy się nawzajem papierosami, które jak dobry gruziński koniak
rozwiązują nam języki i zachęcają do zwierzeń. Modele bez skrępowania
opowiadają o sobie. Są studentami, co jakiś czas jeżdżą do bogatej
Polski po markowe ciuchy, które potem z wielokrotną przebitką sprzedają
na Syberii. Tym razem w kilku ogromnych torbach przemycają aż trzysta
par dżinsów. Ze zdumienia oczy prawie mi wychodzą na wierzch.
- Nie boicie się? - pytam.
- A czego tu się bać? Przecież nas nie zabiją, najwyżej zarekwirują
towar. Kto nie ryzykuje, nie pije szampana – śmieją się. - Następnym
razem i tak wyjdziemy na swoje. Już raz nam się zdarzyło i jakoś
żyjemy. A może kupisz od nas spodenki? - Zapraszają mnie do swojego
przedziału, wcale nie jestem pewna, czy na przymiarkę spodni.
Wypalamy jeszcze kilka petów i modele wracają do siebie. Zaglądam
do przedziału, w którym siedzi część osób z mojej grupy. Jeszcze nie
rozłożyli kuszetek, siedzą i raczą się winiakiem luksusowym. Zapraszają
serdecznie, częstują winiaczkiem, od razu robi mi się weselej.
Najstarszy uczestnik naszej wycieczki, prawie osiemdziesięcioletni pan
Janusz, opowiada coś długo, barwnie i rozwlekle. Od winiaku, miarowego
stukotu kół i szemrzącego radia w postaci pana Janusza powieki
zaczynają mi się kleić, więc wracam do salcesonowej przewodniczki. W
samą porę, bo właśnie roznoszą pościel, czyli cienki koc, prześcieradło
i poszewki. Czyściutkie, świeżo wyprane, ale nie wysuszone, wilgotne.
Nieważne. Natychmiast zasypiam w mokrej pościeli i śpię tak smacznie
jak chyba jeszcze nigdy przedtem.
Granicę przekraczamy wkrótce po północy. Półprzytomna, wygrzebuję
paszport, celnik wbija prostokątną pieczątkę. Przez oszklone drzwi
widzę, jak celnicy wyprowadzają moich rosyjskich znajomych razem z
torbami. Po jakimś czasie modele wracają – o dziwo, z bagażem, ale
jakby mniejszym. Potem się dowiaduję, że jedna torba – pięćdziesiąt par
dżinsów – została u celników. Odprawa trwa parę godzin, za oknami stoją
żołnierze z karabinami przewieszonymi przez ramię.
- Jak ich coś napadnie, to potrafią rozkręcić cały pociąg, do
ostatniej śrubki – informuje mnie salcesonowa przewodniczka. My mamy
szczęście. Żarłoczność celników została zaspokojona dżinsami. Nasycili
się i już nie szukają kontrabandy, dolarów przemycanych w majtkach,
kartonów papierosów i butelek wysokogatunkowych trunków upychanych w
najdziwniejszych miejscach przedziałów albo chowanych w toalecie za
sedesem czy w pudle z papierowymi ręcznikami. Albo i materiałów
wywrotowych.
Na Dworzec Białoruski wjeżdżamy tuż przed południem. Zastanawiam się,
czy na ulicach zobaczę rozklekotane ciężarówki z budą nakrytą plandeką.
Takie, jakie widywałam w filmach wojennych. Środa – dzień filmu
radzieckiego. „Lecą żurawie”, „Serce”, „Cichy Don” - pomimo całej
ideologicznej otoczki to się oglądało, przeżywało i zapamiętywało.
Właśnie w tych filmach widziałam takie ciężarówki, które nierozerwalnie
kojarzą mi się z ZSRR. I rzeczywiście, choć od wojny minęło
kilkadziesiąt lat, widzę te zakurzone, prychające pojazdy, które
popierdując rurami wydechowymi wloką się po moskiewskich prospektach.
Szerokość tych ulic robi wrażenie. Przeprawa z jednej strony prospektu
na drugą musi być jak podróż z miasta do miasta. Bez namiotu i wałówki
lepiej się jej nie podejmować.
Jedziemy autokarem do hotelu na ulicy Dwudziestu Sześciu Bakijskich
Komisarzy. Po drodze mijamy kilka pałaców, przy których nasz, ten
warszawski, wygląda jak karzełek. „Pekin”, „Pajac kultury”, „Koszmarny
sen cukiernika” - tak go nazywamy. Za parę lat pojawią się plany, by go
zburzyć i postawić kamienice architektonicznie pasujące do
przedwojennej zabudowy w Alejach Jerozolimskich. Żeby chociaż go okleić
płytami o lustrzanej powierzchni, przerobić na kolejny, ogromny
biurowiec. Żeby go zmieść z powierzchni ziemi, a na jego miejscu
stworzyć warszawski odpowiednik Pól Marsowych. A ja powiadam: „Nielzja!”
Ten Pajac to moje dzieciństwo, moja młodość. Tam się chodziło do kin,
teatrów lalkowych i dramatycznych, Muzeum Techniki. Na Konfrontacje
Filmowe i Spotkania Teatralne. Na basen w Pałacu Młodzieży i zajęcia
kółek zainteresowań. Targi Książki. Koncerty w Sali Kongresowej. Tam
widziałam Nicka Cave'a, Davida Byrne'a i Procol Harum. „Nielzja!” - powiadam. „Ręce precz od Pajaca”.
Etaż to jest piętro. Etażnaja
to połączenie recepcjonistki ze strażnikiem moralności i agentem KGB.
Siedzi za biurkiem w końcu korytarza na każdym piętrze hotelu. Wydaje i
odbiera klucze od pokojów, pilnuje, by gości nie odwiedzały osoby
niezameldowane, dba o spokój i porządek, a każde podejrzane zachowanie
pewnie raportuje u zwierzchników. Ta z naszego piętra przypomina trochę
portierkę z żeńskiego akademika, a trochę babcię klozetową. Gruba i
przez tę swoją grubość sprawiająca wrażenie poczciwej i rubasznej, ale
gdy odbieram klucze od pokoju, który mam dzielić z przewodniczką,
okazuje się chytrooka i nieprzystępna.
Na spóźnione śniadanie, a może wczesny obiad, podają nam frykasy, na
jakie w Polsce stać tylko najzamożniejszych, dostępne jedynie na
bazarze na Polnej słynącym z egzotycznych produktów i równie
egzotycznych cen. Na stół wjeżdżają półmiski połówek jaj na twardo
pokryte grubą warstwą kawioru: do wyboru czerwonego i czarnego. Różowe,
soczyste płaty wędzonego łososia. Na deser dostajemy najpyszniejsze
lody, jakie kiedykolwiek jadłam. Esencjonalne, w metalowych pucharkach,
z gęstej śmietany, a nie rzadkiego mleka jak nasze polskie Bambino.
Opychamy się tymi delikatesami, na zapas, na zaś, nie przypuszczając,
że przez kolejne dwa dni na każdy posiłek będziemy dostawać ten kawior
i tego łososia, aż nam zacznie uszami wychodzić. Nasz hotel dla
dewizowców to oaza luksusu w kryzysowej Moskwie, którą dopiero mam
poznać.
O swoim chwilowym bogactwie dowiaduję się, kiedy w hotelowym kantorku
wymieniamy niewielką liczbę dolarów na ruble. Okazuje się, że suma,
jaką dostaję, jest zawrotna, równa się kilku przeciętnym miesięcznym
pensjom przeciętnego moskwianina. Skromne pamiątki, na jakie liczyłam,
teraz w mojej wyobraźni urastają do rozmiarów drogocennych dzieł
sztuki. Kiedy przed wyruszeniem na tour de Moscow wstępuję do hotelowej
toalety, jeszcze bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że jestem
prawdziwie luksusową kobietą z bogatego Zachodu. Nagle staję się
pożądana, a raczej pożądane jest są akcesoria, których używam. Kiedy
poprawiam przed lustrem makijaż, podchodzą do mnie dwie kobiety i
wskazując na szminkę i puderniczkę, pytają:
- Skolka?
Nie rozumiem. Wiem, o co pytają, ale nie rozumiem, dlaczego chcą
ode mnie odkupić używane kosmetyki. Z niewyraźnym uśmiechem odmownie
kręcę głową i biegnę do autokaru. Jest mi przykro. Czuję się upokorzona
ich upokorzeniem, pragnieniem zdobycia mazideł, dzięki którym poczułyby
się piękne i bogate. Przypominają mi się mroczne obiekty pożądania z
okresu mojego dzieciństwa. W pierwszych klasach podstawówki zapanowała
mania na zbieranie papierowych ozdobnych serwetek. W krajach, z których
pochodziły, po posiłku wycierano usta w te bibułki ze złoconymi
brzegami i z pękami czerwonych róż, a potem bez namysłu wyrzucano je do
kosza. Dla nas ten kawałek kolorowego papierka był skarbem, a
uczniowie, którzy mieli do nich dostęp, cieszyli się najwyższym
szacunkiem i poważaniem. Wszystko, co przywędrowało z Zachodu, było
piękne, luksusowe. Pocztówki, znaczki, zdjęcia aktorek wycinane z
kolorowych magazynów, bajecznie barwne foldery reklamowe z
amerykańskiego Disneylandu. Po szkole krążyła kopia listu z prośbą o
przysłanie takiej reklamówki. Ponieważ nikt z nas nie znał
angielskiego, przepisywaliśmy ten błagalny tekst, sadząc okropne błędy
i poprawiając go po swojemu, bo przecież nie istnieje takie słowo jak
„I”, a przecinek stawia się na dole, a nie na górze. O dziwo,
przysyłano nam te foldery, które potem wkładaliśmy pod poduszkę i
zasypialiśmy z głową nabitą marzeniami o baśniowych pałacach,
fajerwerkach i królewnach Śnieżkach. Teraz nagle ja się stałam
mieszkanką Zachodu, a moja szminka Celii, z której został już tylko
różowy ogryzek, przemieniła się w mroczny przedmiot pożądania
Moskwianek. Smutne, tym bardziej, że bardzo znajome.
Zwiedzanie Galerii Trietiakowskiej okazuje się porażką. Miejscowa
przewodniczka spóźnia się prawie dwie godziny, jest na rauszu, a do
tego mówi tylko po rosyjsku, więc rozumiemy piąte przez dziesiąte.
Przegania nas po salach, trajkocząc jak najęta, nie sposób się skupić
ani na dziełach sztuki, ani na jej opowieściach. Zmordowani i
zniechęceni jedziemy do Zbrojowni przy Kremlu, gdzie największe
wrażenie robi karoca w całości wykonana ze złota. I znowu szybko,
szybko, bo już czeka nas kolejny punkt programu: zwiedzanie kompleksu
monastyrów w Zagorsku pod Moskwą. Świeżo odnowione cerkwie z
niebiesko-złotymi kopułami wyglądają przepięknie, basowy śpiew popów
wprawia w uniesienie. Zmęczenie i zniechęcenie znika, chciałoby się tam
spędzić więcej czasu, chłonąć widok ikon, zapach cienkich parafinowych
świec i mistyczną atmosferę, ale wieczór się zbliża i już czas
zameldować się etażnej. Przed powrotem wszyscy odczuwamy przemożną
potrzebę opróżnienia pęcherzy moczowych. Przy murze znajdujemy
tabliczki wskazujące toalety, rozdzielamy się: panowie na lewo, panie
na prawo. Widok publicznej toalety w miejscu odwiedzanym przez turystów
z całego świata odbiera mi mowę. Szereg dziur w betonie, po obu
stronach każdej metalowe płytki w kształcie podeszwy buta – kiedyś
takie toalety widywałam na prowincjonalnych polskich dworcach, więc nie
to mnie najbardziej dziwi. Szokuje mnie fakt, że szalety co prawda są
oddzielone ściankami sięgającymi ramion, ale brakuje w nich drzwi.
Toaleta znajduje się na uboczu, ale nie jest niczym osłonięta, w
pobliżu kręcą się turyści i nie trzeba być podglądaczem, by zobaczyć
przykucnięte kobiety. Bo tak – wiele kobiet decyduje się skorzystać z
tego „ustronnego” miejsca. Pół biedy, jeśli mają na sobie spódnice,
które dają im jaką taką osłonę, ale te w spodniach muszą wypiąć się na
cały świat. Jedna jedyna kabina na samym końcu ma drzwi i gdy tylko się
zwalnia, wpadam do niej, nie bacząc na pełne oburzenia okrzyki turystek
ustawionych w kolejce.
Wracamy do hotelu, łapczywie rzucamy się na kawior, łososia i lody,
odbieramy klucze od etażnych i rozchodzimy się do swoich pokojów. Tej
nocy prawie nie śpię. Mam wrażenie, że zapach dawno zjedzonego
salcesonu paruje wszystkimi porami skóry przewodniczki, a kiedy udaje
mi się choć na chwilę zdrzemnąć, budzi mnie potworny charkot, który
wydobywa się to z jej gardła, to z nosa. Przydałby się kuśtyczek
koniaku.
Następnego dnia postanawiam odłączyć się od grupy i zwiedzić Moskwę
na własną rękę. Zostały mi tylko dwa dni. Nie poświęcę ich na muzea i
inne reprezentacyjne przybytki, chcę poznać Moskwę prawdziwą, od
środka, od jelit, od brudu, smrodu i ubóstwa. Pierwszy przystanek –
przeciętny moskiewski supersam. Tak jak się spodziewałam, na półkach
króluje ocet i olej. Co ci przypomina, co ci przypomina widok znajomy
ten? Przypomina mi kartkowe czasy w Polsce, kilometrowe kolejki pod
sklepem mięsnym, watę, na którą niczym na złote runo polowało się w
aptekach, buty kupowane bez względu na rozmiar, którymi potem pod
sklepem wymieniało się z innymi klientami. Przed świętami mój ojciec o
trzeciej w nocy zajmował sobie kolejkę pod sklepem rzeźnickim, by choć
dwa razy w roku stół uginał się od wędlin i mięs bez żadnych
ograniczeń. Potem jeszcze przez parę tygodni dojadało się te wędliny,
zeschniętą szynkę, żylasty baleron, bladą polędwicę. Kanapki z tymi
poświątecznymi frykasami w gardle mi stawały i ukradkiem je wyrzucałam
albo nosiłam przez parę dni w tornistrze, aż zaczynały śmierdzieć.
Goście z zagranicy z niedowierzaniem oglądali kartki na cukier, na
mięso, na wódkę. Ja, krążąc między pustymi półkami moskiewskiego
spożywczaka, niczemu się nie dziwię. Zaskakuje mnie jednak spora grupka
ludzi pod sklepem zgromadzona wokół wielkiego, parującego kotła.
Mężczyzna w białym fartuchu wyławia z niego kawały grubej kiełbasy,
które ludzie zjadają na miejscu. Taki kryzysowy moskiewski fast-food.
Zupełnie niekryzysowy fast-food znajduję przy Placu Czerwonym, tuż
koło mauzoleum Lenina. Moją uwagę zwraca długaśna, wijąca się kolejka.
W pierwszej chwili myślę, że to turyści złaknieni widoku słynnej mumii,
ale nie – przed mauzoleum kolejka jest dosłownie symboliczna. Tłum
kłębi się przed pierwszym we Wschodniej Europie McDonaldem. U nas
amerykańskie buły z kotletem mają się pojawić dopiero za parę lat, więc
teraz są dla mnie egzotyką i może bym się skusiła na skosztowała tego
specjału, gdybym miała do dyspozycji ładnych parę godzin – bo na tyle
szacuję stanie w kolejce. Kolejki mi niestraszne, my, Polacy, do
perfekcji opanowaliśmy cnotę cierpliwości, a mięśnie nóg oraz grzbietu
mamy żelazne, ale czasu mam mało. Szkoda mi go na amerykanizmy, więc w
skwarze lejącym się z nieba wlokę się przez ogromny Plac Czerwony, aż
docieram do GUM-u. Teraz to luksusowa galeria handlowa pełna markowych
sklepów, wtedy nieco przypominał warszawskie Domy Towarowe Centrum. Mam
portfel wypchany rublami, stać mnie na najdroższe pamiątki, obawiam się
jednak, że mój popyt-apetyt przerasta podaż. W sklepie muzycznym
naiwnie pytam o płyty Wysockiego. Sprzedawczyni udaje, że nie wie, o
kogo mi chodzi – a może tylko mi się wydaje, może wszędzie wietrzę
opresję, które to wrażenie jeszcze bardziej potęgują żołnierskie
patrole widoczne na ulicach dosłownie co kilkadziesiąt metrów.
Kiedy skręcam w Twerską, następuje zaskakujące zagęszczenie patroli.
Rozglądam się w poszukiwaniu przyczyny tak wzmożonej czujności i moim
oczom ukazują się bramy raju. Firmowy salon kosmetyczny Diora. Estee
Lauder. Chanel. Wystawy zastawione flakonikami, a obok karteczki z
cenami podanymi w rublach. Cenami bardzo, bardzo niskimi... jak na moją
wypchaną banknotami kieszeń. Umarłam i znalazłam się w niebie. Perfumy
to mój fetysz, tym bardziej pożądany, że w Polsce wciąż jeszcze trudno
dostępny. Owszem, mamy prywatne perfumerie, ale markowe kosmetyki są w
nich koszmarnie drogie. By pozwolić sobie na maleńką buteleczkę
Givenchy, muszę przez parę miesięcy odkładać ze skromnego studenckiego
stypendium. Tu czuję się jak bogacz, jak ktoś. Zapominam o Sadowej,
macham ręką na wybebeszanie prawdziwej Moskwy, bo oto zaraz
nonszalanckim krokiem wstąpię do salonu Diora, wyciągnę plik banknotów
i od niechcenia poproszę o jeden flakonik, drugi, trzeci, dziesiąty,
jakbym przez całe życie nie robiła nic innego. Pewnym krokiem, lecz z
drżącymi z pożądania rękami, podchodzę do wejścia i wtedy drogę
zastępuje mi żołnierz z karabinem przewieszonym przez ramię.
- Nielzja! - mówi. - Propusk!
Przepustka? O czym on mówi? Udaję, że nie zrozumiałam, i próbuję go
wyminąć, ale on stoi niewzruszenie jak kamienny posąg pod Pałacem
Kultury i powtarza, patrząc ponad moją głową:
- Nielzja! Propusk!
Wycofuję się, rozczarowana jak wędrowiec, który zamiast oazy na
pustyni zobaczył fatamorganę. Tęsknym wzrokiem spoglądam na wystawy i
nagle słyszę tuż przy uchu ciche:
- Duchi?
Koło mnie stoi kobieta ciasno okutana płaszczem, choć panuje
nieznośny upał. Delikatnie ujmuje mnie pod łokieć i prowadzi na stronę.
Szybko rozgląda się na boki i niczym ekshibicjonista rozchyla poły
płaszcza, a tam, jak kiełbasy za okupacji przemycane ze wsi do miasta,
wiszą przyczepione pudełka z moimi fetyszami. Duchi, mnoga, mnoga
duchów! Czarnorynkowa cena kilkakrotnie przewyższa tę salonową, ale i
tak stać mnie na kilka flakonów. Kiedy w oszołomieniu zastanawiam się,
które wybrać, kobieta tłumaczy mi, że w salonie zakupy mogą robić tylko
osoby zameldowane w Moskwie. Dokonuję wyboru, decyduję się jeszcze na
kilka słoiczków kremu przeciwzmarszczkowego od Diora, którego wcale nie
potrzebuję, podaję odliczoną kwotę i wtedy kobieta nagle zamyka swój
sezam i bez słowa odchodzi szybkim krokiem. Już mam za nią biec,
oddawaj moje skarby, wołać, gdy koło mnie wyrasta patrol i żołnierz o
poczciwej, wcale nie groźnej twarzy mówi ze zmęczeniem: „Skolka wam nada gawarit? Nielzja!”
Zaraz mnie aresztują. Wtrącą do lochu, w kazamaty. Ale żołnierze nawet
na mnie nie patrzą, idą dalej, by bez przekonania upomnieć inną
handlarkę. Zaraz potem wraca moja dobrodziejka i bystrieje, bystrieje,
podaje mi całe naręcze pudełeczek i zaprasza na jutro. Będzie świeża
dostawa, „Miss Dior” i „Youth Dew”. Jutro nie wrócę, choćby dlatego, że
na te typowo moskiewskie pamiątki wydałam większość rubli.
Na „Bakijczyków” wracam trolejbusem. Zażenowana własną zachłannością i
zaściankowością, próbuję odzyskać twarz. Cichutko, a potem coraz
głośniej nucę Okudżawę:
Niebieski trolejbus przez Moskwy mknie toń,
A Moskwa jak rzeka oddycha
I ból, co od rana się tłukł o mą skroń
Ucicha, ucicha.
O promie północy, żeglujesz przez noc
I nie dbasz, głęboka czy płytka,
Gdy zbierasz po drodze, idących na dno
Z bulwarów rozbitków.
Po kolejnej prawie nieprzespanej nocy, znowu waniejącej salcesonem,
ale tym razem z dodatkiem francuskich perfum ze świeżo otwartych
flakoników, pośpiesznie połykam kawior zawinięty w plastry łososia i
jadę na Arbat. Czasu mam już bardzo niewiele, wracamy tego samego dnia
wieczorem. Nie łudzę się. Nie spodziewam się poczuć tam artystycznej
atmosfery, zresztą po perfumowej gorączce poprzedniego dnia wciąż czuję
do siebie niesmak, który pogłębiłby się jeszcze bardziej, gdybym
zaczęła na siłę przybierać artystowskie pozy. Ale być w Moskwie i nie
przejść się Arbatem? Grzech zaniedbania! Co chwila ocierając chusteczką
pot z czoła i karku, wlokę się więc Arbatem, który niejasno mi się
kojarzy z warszawską ulicą Chmielną. Może uda mi się kupić choć
matrioszkę, chociaż parę pocztówek z Kremlem, cokolwiek, byle
moskiewskiego? Ulicznych straganów widzę niewiele. Na kilku leżą ikony.
Oryginały, jak mnie zapewniają sprzedawcy. Upał chyba rozum mi odbiera,
bo im wierzę, choć ceny jak na XVIII-wieczne dzieła sztuki są śmiesznie
niskie. Może bym się skusiła i kupiła jedną, a potem trzęsła się na
granicy ze strachu przed celnikami (nie wolno wywozić dzieł sztuki!),
gdyby nie fakt, że po perfumeryjnym polowaniu zostały mi już jakieś
nędzne resztki rubli. Łażę od straganu do straganu, czując coraz
większy bezwład, ból głowy i otępienie – pewnie nie tylko od słońca.
Nagle podbiega do mnie piękny chłopak z jasnymi włosami do pasa
ściągniętymi w koński ogon, bezceremonialnie obejmuje mnie ramieniem i
uśmiechając się uroczo zaprasza po rosyjsku na szampanskoje.
Z knajpki tuż obok machają do mnie jego znajomi. Te długie włosy,
grunge'owy strój i spontaniczne zachowanie zupełnie nie pasują do
smutnych przechodniów na ulicach, żołnierskich patroli, niedostatku i
uczucia beznadziei, które mi się udzieliło. Nieco spłoszona, odmawiam i
odchodzę szybkim krokiem. Może niepotrzebnie. Może gdybym przyjęła
zaproszenie, wreszcie poznałabym choć kawalątek prawdziwej Moskwy. A
może spoiliby mnie szampanem i zwiali, z rozczarowaniem stwierdziwszy,
że choć jestem dewizową turystką, to nie mam przy sobie złamanego
dolara. Na pamiątkę zostałby mi rachunek, który musiałabym zapłacić
resztką rubli.
Nie upiłam się więc radzieckim szampanem i nie przeżyłam
kilkugodzinnego rzewnego oczarowania pięknym Rosjaninem, ale i tak
czuję się jak wstawiona. Coraz bardziej kręci mi się w głowie, przed
oczami robi się ciemno, czuję nagłą słabość w nogach i wystarcza mi sił
tylko na to, by podejść do ściany kamienicy. Opieram się o nią plecami
i osuwam się na ziemię. Przysiadam, opuszczam głowę między kolana z
myślą, że za chwilę stracę przytomność. Nie zdążam, bo słyszę nad sobą
głos:
- Diewoczka, szto tiebie?
Pochyla się nade mną starsza pani o miłej, szczerej, zatroskanej twarzy.
- Niczewo – odpowiadam, wygrzebując z pamięci pojedyncze słowa. - Ja tolka ustała.
- Tiebie nada wracza? - Ujmuje mnie pod ramię i dźwiga na nogi.
- Nie nada. Balszoje spasiba.
- Jej serdeczność sprawiła, że rzeczywiście czuję się lepiej, choć w
ustach nadal czuję straszliwą suchość. Domyśla się, że to tylko upał,
zmęczenie i odwodnienie. Prowadzi mnie do apteki, sadza na drewnianej
ławie i przynosi szklankę lodowatej wody. Piję łapczywie, prawie się
krztusząc i natychmiast czuję, jak wstępuje we mnie nowe życie. Jak
mogłam w taki upał wędrować po rozpalonym mieście bez żadnego napoju?
Aż mi wstyd przed nią i przed samą sobą.
- Ty iz Polszy? - pyta. - Kak tam u was? Charaszo?
- Da, charaszo – przytakuję niepewnie i z niejasnym poczuciem winy. Tak, u nas już charaszo,
już dostatek i wolność, ale wszystko to tak świeże i jeszcze
nieoswojone, że dziwnie się czuję, występując w roli mieszkanki
bogatego Zachodu. Pogrążam się jeszcze bardziej, z wdzięczności
próbując zaprosić swoją wybawicielkę na obiad. Nie zdążyłam się ugryźć
w język, wyższość i obrzydliwe bogactwo w postaci paru ostatnich
banknotów aż ze mnie parują. Chyba tylko ja czuję ich smród, bo pani
tylko uśmiecha się życzliwie i wymawia się brakiem czasu.
Postanawiam upodlić się jeszcze bardziej. Jak już szastać forsą,
jak zgrywać nowobogacką, to na całego! Kierunek – „Rassija” -
najbardziej luksusowy hotel w Moskwie. Pierwszy raz jadę metrem.
Architektura w stylu socrealistycznym: monumentalne stacje urządzone
jak pałace, z kryształowymi żyrandolami pod sufitem i mozaikami na
ścianach przedstawiającymi Lenina i chłoporobotników jako żywo
przypominających obracającą się wokół własnej osi parę z czołówek
Mosfilmu. Restauracja z widokiem na miasto świeci pustkami. Nie kupiłam
matrioszek, nie kupiłam Wysockiego, nie wdychałam aromatu kocich
szczynów na słynnej klatce schodowej na Sadowej, ale każę sobie
przynieść blinów i samowar. Nic z tego. W menu blinów brak, a herbatę
podają nie w samowarze, lecz w zwykłych szklankach, nawet nie takich w
srebrnej podstawce z uszkiem. Wybór mam niewielki. W końcu zamawiam
zupę z kaczki, która okazuje się paskudnie wodnista i mdła, a na drugie
kawałek żylastej pieczeni z sałatką polaną nie majonezem ani gęstą
śmietaną, tylko śmietanką rzadką jak mleko. Tylko lody są równie
cudowne jak te w moim hotelu na ulicy Bakijczyków. Żuję twarde jak
podeszwa mięso, sałatkę tylko rozgrzebuję widelcem, a kiedy płacę
rachunek, kelner pochyla się nisko nade mną i pyta konfidencjonalnym
szeptem, czy mam dolary na sprzedaż. Nie mam już ani dolarów, ani nawet
rubli – wszystko wydałam na wystawny obiad w najdroższej moskiewskiej
restauracji.
W trolejbusie jadącym na Bakijczyków już nawet nie chce mi się
nucić Okudżawy. Stracone trzy dni, stracone pieniądze i złudzenia o
artystycznym – albo chociaż poznawczym – celu tej wycieczki. Do Polski
wrócę z francuską perfumą i niesmakiem. Gdzie mnie tam do kawioru,
szampana i Bułhakowa! Powinnam wcinać salceson i cieszyć się, że wcinam
go z wyboru, a nie z konieczności.
Na domiar złego już w pociągu okazuje się, że zostałam
przemytniczką. Na widok sterty flakoników i słoiczków przewodniczka
łapie się za głowę i radzi, bym dobrze je ukryła, bo takiej ilości
markowych kosmetyków wywozić nie wolno! W panice wyobrażam sobie, jak
celnicy przekopują moją torbę, rewidują mnie i z mojej winy zatrzymują
pociąg na kilka godzin. Wpycham pudełeczka w zakamarki przedziału,
które celnicy pewnie i tak znają jak własną kieszeń, i uspokajam się
dopiero wtedy, gdy przekraczamy granicę. Obyło się bez rozkręcania
pociągu do ostatniej śrubki, bez wstydu i upokorzenia na oczach
wszystkich pasażerów.
Jest 15 sierpnia 1991 roku. Trzy dni później w Moskwie dochodzi do
puczu wojskowego. Gorbaczow zostaje aresztowany, a władzę przejmuje
Komitet Stanu Wyjątkowego z wiceprezydentem ZSRR Janajewem na czele.
Podczas starć z przeciwnikami puczu ginie pięć osób. Do Moskwy
wkraczają wojska uzbrojone w czołgi, przy których zagraniczni turyści
robią sobie zdjęcia – jak z misiem na Krupówkach. Gdybym wybrała się do
Moskwy te trzy dni później, przeżyłabym nie ekstazę w salonie Diora,
lecz dreszczyk emocji i egzotyczną przygodę. Bo u nas uże wsio charaszo. Myśmy czołgi na ulicach już widzieli, ale kiedy to było? U nas uże Zapad.
|
| |
Wynik głosowania: 4 Głosów: 10

| |
|
| "Logowanie" | Logowanie/Założenie konta | liczba komentarzy: 36 | Szukaj |
|
| | Komentarze są własnością ich twórców. Nie ponosimy odpowiedzialności za ich treść. |
R E K L A M A
|
|
|
Komentowanie niedozwolone dla anonimowego użytkownika, proszę się zarejestrować |
|
Re: Szynka i salceson czyli pocztówka z Moskwy /reportaż/ * ? (Ocena czytelników: 1) przez jacekszczepanski dnia 25-12-2009 o godz. 10:12:41 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) | | Rozwleczony niezwykle tekst o wszystkim co autorowi przyszło na myśl. Słabiutkie to bardzo i mizerne. I serdecznie gratuluję tym "niezależnym" czytelnikom, którym tekst przypadł do gustu. Powinieneś bracie zacząć pisać króciutkie tekściki mógł je analizować. Tak się nauczysz pisać. Na razie niestety nie umiesz. |
Re: Szynka i salceson czyli pocztówka z Moskwy /reportaż/ * ? (Ocena czytelników: 1) przez sleepyhead dnia 25-12-2009 o godz. 14:02:44 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) | Jestem "siostrą", nie "bratem" ;) Ciekawe, że tego nie zauważyłeś, skoro wspomnieniowy tekst już od samego początku jest pisany w rodzaju żeńskim.
Rozwlekłe? Może i tak. Wspomnienia przetykane jeszcze wcześniejszymi wspomnieniami bywają rozwlekłe ;)
Króciutkie tekściki też mi się zdarzało pisać - jeśli będziesz miał ochotę, zerknij do mojego profilu ;) |
Re: Szynka i salceson czyli pocztówka z Moskwy /reportaż/ * ? (Ocena czytelników: 1) przez ecz dnia 25-12-2009 o godz. 14:15:07 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) | | Daj spokój, Sleepy, facet ma wyraźnie zły dzień. |
Re: Szynka i salceson czyli pocztówka z Moskwy /reportaż/ * ? (Ocena czytelników: 1) przez sleepyhead dnia 25-12-2009 o godz. 14:16:53 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) | Myślę, że nie tylko dzień ;)
A tak w ogóle to wesołych świąt, ecz :) |
Re: Szynka i salceson czyli pocztówka z Moskwy /reportaż/ * ? (Ocena czytelników: 1) przez jacekszczepanski dnia 25-12-2009 o godz. 14:46:31 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) | siostrzyczko - dzień mam dobry,
i inne też,
pogodnym jackiem jestem! |
Re: Szynka i salceson czyli pocztówka z Moskwy /reportaż/ * ? (Ocena czytelników: 1) przez jacekszczepanski dnia 25-12-2009 o godz. 14:44:47 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) | ecz,
po co te złośliwości,
nie masz co jeść w Święta?
dawaj konto to coś wyślę, ale nie bądź zaczepny,
czarna dziura to osobliwość, a Ty chcesz być tak bardzo zwyczajny?
Alleluja, ecz |
Re: Szynka i salceson czyli pocztówka z Moskwy /reportaż/ * ? (Ocena czytelników: 1) przez jacekszczepanski dnia 25-12-2009 o godz. 14:41:29 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) | no wiem siostrzyczko, ale coś mi mówiło, że to tylko narracja żeńska,
już przepraszałem, ale jeszcze raz: Kobieto, wybacz,
no dobrze, poczytam,
dziękuje. |
|
|
Re: Szynka i salceson czyli pocztówka z Moskwy /reportaż/ * ? (Ocena czytelników: 1) przez tsole (tsole@wp.pl) dnia 17-12-2009 o godz. 19:37:15 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) http://www.tsole.prv.pl http://tsole.salon24.pl/ | Bardzo ciekawie napisane. Ja w Moskiwie byłem za czasów Andropowa (1983), czyli już po olimpiadzie, która wpusciła Sowietów trochę zachodniego powietrza - ale wtedy to dla nas był zachód!. To u nas na sklepowych półkach był ocet i musztarda a o wyroby czekoladopodobne (na kartki) toczyło sie boje w cukierniach. W Moskwie czekolady - prawdziwe, skolko ugodno! - leżały sobie ułożone w spiralki na półkach! I za herbatą kolejek, ani nawet za mięsem!. Za to kolejka do straganu przy Placu czerwonym za ... polskimi jabłkami! Lody też pamiętam - super (choć był luty, nie odmówiłem sobie). I w ogóle "produkty u na najłuczszie" chwaliła sie kelnerka w restauracji hotelowej.
Bardzo ciekawie, bardzo...
Pozdrówka! |
Re: Szynka i salceson czyli pocztówka z Moskwy /reportaż/ * ? (Ocena czytelników: 1) przez sleepyhead dnia 17-12-2009 o godz. 20:31:00 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) | Dzięki, tsole :)
Moskwa się zmieniała i tylko lody pozostawały takie same :) Ciekawe, czy do tej pory są takie pyszne.
W pierwszej chwili zdumiało mnie, kiedy przeczytałam Twoje słowa o Moskwie lat 80-tych jako bogatej w porównaniu z Polską, ale przypomniały mi się ówczesne trudno dostępne smakołyki z ZSRR... chałwa w puszce na ten przykład :) Albo pięknie ilustrowane baśnie w czasach, gdy u nas wydawało się książki na makulaturowym papierze. |
|
|
Re: Szynka i salceson czyli pocztówka z Moskwy /reportaż/ * ? (Ocena czytelników: 1) przez ChariVari dnia 17-12-2009 o godz. 21:45:23 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) | Dobry reportaż, ciekawe sceny, świetnie napisany.
Kłaniam się z uznaniem.
:) |
Re: Szynka i salceson czyli pocztówka z Moskwy /reportaż/ * ? (Ocena czytelników: 1) przez sleepyhead dnia 17-12-2009 o godz. 21:55:45 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) | | Miło mi szalenie, dzięki :) |
|
|
Re: Szynka i salceson czyli pocztówka z Moskwy /reportaż/ * ? (Ocena czytelników: 1) przez Wabigon dnia 17-12-2009 o godz. 10:58:48 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) | pomimo braku czasu przeczytałem całość, a nie na raty, co ostatnio praktykuję przy dłuższych tekstach,
napisane ciekawie i na tyle obrazowo, że przypomniały mi sie moje wyjazdy służbowe do "strany wielikich wdochnowlenij", jak z emfazą mówiła o swoim kraju moja ówczesna rosyjska przyjaciółka, osoba demonstracyjnie wrażliwa, oczytana, zawsze gotowa do uniesień, achów i ochów, która niestety często i pewnie niezasłużenie drażniła mnie natchnionymi wypowiedziami zaczynającymi się np.
"nu nasza sobstwiennaja kultura ..."
"nu znajesz ty czto ja diejstwitielno poezju ljubliu ...."
"nu dawaj pojdiom pootdychać atmosfieroj Moskwy ...""
to wieczne "nu" nie było tam niczym nienormalnym, mnie jednak psuło każdą rozmowę, nie gorzej niż architektura publicznych toalet,
moim zdaniem gwiazdka zasłużona, podobnie jak ta druga, której jeszcze nie dodano, pewnie przez niedopatrzenie Redakcji,
pozdr. |
Re: Szynka i salceson czyli pocztówka z Moskwy /reportaż/ * ? (Ocena czytelników: 1) przez sleepyhead dnia 17-12-2009 o godz. 11:47:46 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) | Dzięki, Wabigonie :)
Ta rosyjska górnolotność, egzaltacja i rzewność są urokliwe, choć na dłuższą metę rzeczywiście mogą się okazać irytujące ;) A "nu" to pewnie odpowiednik angielskiego "well", czyli taka zajawka rozpoczynająca zdanie ;) |
|
|
Re: Szynka i salceson czyli pocztówka z Moskwy /reportaż/ * ? (Ocena czytelników: 1) przez kajos (ol15@poczta.onet.pl) dnia 16-12-2009 o godz. 20:48:55 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) | Witam!
Dobry reportaż. Pisany w ciekawym (może nie najciekawszym - spóźnionym o trzy dni) okresie najnowszej historii Rosji, ale najważniejsze jest w nim to, że po przeczytaniu ogarnęło mnie nagłe pragnienie zobaczenia Moskwy. Chciałbym również skonfrontować swoje potężne stereotypy z rzeczywistością.
Ja w w każdym razie będąc na Ukrainie, konkretnie na Krymie, również zapragnąłęm coś o niej skrobnąć. Chyba Wschód bardziej inspiruje niż Zachód :)
No i a propos Wschodu, świetne reportaże o m. in. Rosji i Ukrainie pisał Jacek Hugo Bader pt. "Białą Gorączka".
A jeżeli chodzi o Arbat to uwielbim "Dzieci Arbatu" Rybakowa.
Natomiast jeżeli chodzi o znak zapytania to można go spokojnie zamienić na bordową gwiazdkę, nie mylić z czerowną gwiazdą :)
P.S.
Nie wiem czemu, może przez ten nick - kolejny stereotyp, ale cały czas wydawało mi się, że Autorka jest młodsza, niż to wynika z tego reportażu :)
Pozdrawiam ukontentowany lekturą!
|
Re: Szynka i salceson czyli pocztówka z Moskwy /reportaż/ * ? (Ocena czytelników: 1) przez sleepyhead dnia 16-12-2009 o godz. 21:27:56 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) | "Dzieci Arbatu"! Kiedy ja to czytałam? Chyba ze 20 lat temu... pewnie mniej więcej w tym okresie, kiedy byłam po raz pierwszy i (do tej pory) jedyny w Moskwie. Swoją drogą... ciekawe, jak napisałabym ten tekst tuż po powrocie z Moskwy? Pewnie mój ogląd rzeczywistości był wtedy zupełnie inny - również dlatego, że wtedy najbardziej byłam oczarowana rosyjską literaturą... Bułhakowem, Sołżenicynem, Czechowem. Może byłoby więcej odnośników literackich.. np. do Rybakowa właśnie? Czas zmienia perspektywę. Wszystkie emocje, które tu opisałam, są prawdziwe, ale pewnie nałożyły się na nie i obecne.
Co do mojej "młodszości" ;) Jestem z rocznika 1967, co kilka razy pisałam w odkomentarzach do swoich tekstów, bo już wcześniej upatrywano we mnie młódkę ;) Albo to fakt, że na portalach - również literackich - pisują zwykle młodsze pokolenia, albo w moich tekstach jest coś młodzieńczego? Mam nadzieję, że nie infantylnego ;)
Bardzo dziękuję za przeczytanie i komentarz :) |
|
|
Re: Szynka i salceson czyli pocztówka z Moskwy /reportaż/ ? (Ocena czytelników: 1) przez EstherKnights dnia 15-12-2009 o godz. 23:00:02 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) | | Reportaż czytać zaczęłam z czystej ciekawości - ot Moskwa w tytule przykuła moją uwagę. Kończyłam czytać z zapartym tchem. I choć Związku Radzieckiego to ja nie pamiętam, to myślę, że wiele się nie zmieniło. Moskwę mijałam parę razy – jedyne co tak właściwie zwiedziłam (tak, grzechy zaniedbania ;) to Dworzec Białoruski i metro. Ale pociągi wciąż mają okna nie do sforsowania, publiczne toalety to nadal boksy do łokci i dziura w podłodze. A wśród ludzi przeciętnych szynka to wciąż luksus. I wiem, że strasznie jednostronna ta ocena – co jak co, ale do „wschodu” zawsze brakowało mi dystansu o_O Tak czy inaczej – świetny reportaż :) |
Re: Szynka i salceson czyli pocztówka z Moskwy /reportaż/ ? (Ocena czytelników: 1) przez sleepyhead dnia 15-12-2009 o godz. 23:39:10 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) | Dzięki :)
Mam nadzieję, że od tamtej pory jednak coś się w codziennym życiu Moskwy zmieniło, bo wtedy to naprawdę dramat był :-/ Choć ani większy, ani mniejszy niż w Polsce na przełomie lat 70 i 80-tych. |
Re: Szynka i salceson czyli pocztówka z Moskwy /reportaż/ ? (Ocena czytelników: 0) przez Anonimus dnia 16-12-2009 o godz. 01:32:26 | Największy kontrast widać, kiedy do Moskwy się trafia z miejsc od stolicy oddalonych. Tak to było przynajmniej z mojej perspektywy - kiedy wracałam do Polski z pod Astrachania, gdzie większość ludzi stara się wyżyć za nędzne wypłaty, i wjeżdżałam do Moskwy to kontrast był uderzający (i nie chodzi mi tylko o temperatur na początku września, kiedy wysiadałam z pociągu na Białoruskim w japonkach przyzwyczajona do upałów ;), bo tam na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się być obrzydliwie bogate. A nawet jak kogoś nie stać, to i tak próbuje się "pokazać" w jak najlepszych ciuchach i z jak najlepszym telefonem.. Więc dla mnie to chyba już zawsze zostanie miasto (jak i cały kraj zresztą) dziwnych i absurdalnych czasem kontrastów.
Pozdrawiam,
Esther |
|
|
Re: Szynka i salceson czyli pocztówka z Moskwy /reportaż/ ? (Ocena czytelników: 0) przez Anonimus dnia 14-12-2009 o godz. 17:01:40 | de lazariego "wzajemne uprzedzenia Polaków i Rosjan" gorąco autorskiej uwadze polecam. Warto potrójnie.
y. |
Re: Szynka i salceson czyli pocztówka z Moskwy /reportaż/ ? (Ocena czytelników: 0) przez Anonimus dnia 14-12-2009 o godz. 21:05:47 | Zapewne przeczytam.
Równie gorąco dziękuję za polecenie... chociaż nie wiem, komu.
sleepyhead |
Re: Szynka i salceson czyli pocztówka z Moskwy /reportaż/ ? (Ocena czytelników: 0) przez Anonimus dnia 16-12-2009 o godz. 17:13:25 | skoro mowa o "autorskiej uwadze", to faktycznie zagadka wielkiego kalibru;;]
y.
ps.
szczególnie pierwszy artykuł w tej książce polecam. Głównie fragmenty tyczace polskich relacji z Rosji. |
Re: Szynka i salceson czyli pocztówka z Moskwy /reportaż/ ? (Ocena czytelników: 1) przez sleepyhead dnia 18-12-2009 o godz. 10:24:57 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) | | Newermajnd ;) Senk ju raz jeszcze - tym razem wiem, komu :) |
|
|
Re: Szynka i salceson czyli pocztówka z Moskwy /reportaż/ ? (Ocena czytelników: 1) przez Bielan (entee@wp.pl) dnia 14-12-2009 o godz. 13:32:17 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) | Świetna praca!!! Byłem w Moskwie, na początku lat '90. Byłem również w zeszłym roku w Rosji, w Sankt Petersburgu. To zupełnie inny świat.
Kawał dobrego tekstu. Pozdrawiando! |
Re: Szynka i salceson czyli pocztówka z Moskwy /reportaż/ ? (Ocena czytelników: 1) przez sleepyhead dnia 14-12-2009 o godz. 13:39:56 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) | "Byłem w Moskwie, na początku lat '90"
No proszę! Może porównamy wspomnienia? Ciekawam, jak inni widzieli Moskwę w tamtym okresie. To już po puczu Janajewa było?
Sankt Petersburg dopiero mam w planach :)
Dziękuję serdecznie za dobre słowo :) |
|
|
Re: Szynka i salceson czyli pocztówka z Moskwy /reportaż/ ? (Ocena czytelników: 1) przez nawiatr dnia 14-12-2009 o godz. 10:50:35 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) | Ja nie bywał, ale przeczytałem z wielką przyjemnością. Tekst o walorach dokumentu, dobry literacko. Gdyby modne pisma podróżnicze zamieszczały takie publikacje, pewnie chętnie bym je kupował. Ciekaw jestem, jak przyjeli by to Nowyje Ruskije?- to tak w temacie biedy, bogactwa i wstydu. Dla mnie ani jedno ani drugie źródłem wstydu nie jest, wstydliwy może być tylko sposób w jaki traktuje się swoją kondycję. W życiu zdarzało mi się i brać i dawać.
Z sympatią pozdrawiam
na wiatr |
Re: Szynka i salceson czyli pocztówka z Moskwy /reportaż/ ? (Ocena czytelników: 1) przez sleepyhead dnia 14-12-2009 o godz. 11:43:16 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) | Bardzo dziękuję za przeczytanie i komentarz :)
Nie sądzę, by Nowych Ruskich cokolwiek mogło zawstydzić - złoto z nich kapie, ale sumienia mają z tombaku ;) Zresztą chyba nie mnie oceniać - wszak sama się dałam w Moskwie zwieść swojemu chwilowemu "bogactwu".
Pozdrawiam :) |
Re: Szynka i salceson czyli pocztówka z Moskwy /reportaż/ ? (Ocena czytelników: 1) przez nawiatr dnia 14-12-2009 o godz. 12:58:46 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) | Chyba nadto krytycznie oceniasz swój ówczesny stan ducha. Chwilowe "zaczadzenie" własną pozycją, szczególnie w tamtym czasie i w opisanym kontekście wydaje mi się zwyczajne. Nie musimy też przepraszać za stan posiadania, wykształcenie, własny krąg cywilizacyjny, etc. Tak jest i już.
nawiatr |
Re: Szynka i salceson czyli pocztówka z Moskwy /reportaż/ ? (Ocena czytelników: 1) przez Dalbert (krupa_sruby@o2.pl) dnia 15-12-2009 o godz. 22:58:17 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) | | Świetnie przedstawiony obraz, gratki. Ciemno tutaj, czas coś zaświecić na górze:) Twoje zakończenie przypomniało mi moment, gdy celnicy nie wpuścili mnie na prom Heweliusz, brak badania tech samochodu. To był ostatni rejs tego promu. Pozdrawiam |
Re: Szynka i salceson czyli pocztówka z Moskwy /reportaż/ ? (Ocena czytelników: 1) przez sleepyhead dnia 15-12-2009 o godz. 23:36:17 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) | "Twoje zakończenie przypomniało mi moment, gdy celnicy nie wpuścili mnie na prom Heweliusz, brak badania tech samochodu. To był ostatni rejs tego promu."
No nieźle... wtedy pewnie się wściekałeś, ale kiedy się okazało, jaki był koniec tego rejsu....
Ty mogłeś stracić życie... ja straciłam tylko szansę na przedłużenie sobie pobytu w Moskwie (na jakiś czas zamknięto granice) i zobaczenie na własne oczy historycznych wydarzeń.
Bardzo dziękuję za przeczytanie i życzliwe słowa :) |
Re: Szynka i salceson czyli pocztówka z Moskwy /reportaż/ ? (Ocena czytelników: 1) przez Dalbert (krupa_sruby@o2.pl) dnia 17-12-2009 o godz. 20:32:50 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) | | No nie wiem co tam Cię mogło spotkać, ten kraj i ci ludzie do tej pory czasami są zagadką:) Pozdrawiam |
|
|
Re: Szynka i salceson czyli pocztówka z Moskwy /reportaż/ * * (Ocena czytelników: 1) przez JotKa dnia 20-01-2010 o godz. 07:44:17 (Informacje o użytkowniku | Wyślij wiadomość) | | Pieknie napisana, spokojna gawęda o wycieczce. Trochę przydługa, ale w tej konwencji, krótsza byc nie mogła. |
|
|
| |
Portal Literacki - Fabrica Librorum 1998-2009
e-mail: redakcja{małpiatka}portalliteracki.pl"
|
|
Zalecane rozdzielczości: 1024x800 do 1280x1024.
Strona zgodna z Opera (od 5), Mozilla (od 0.9.5) Netscape (od 5) oraz IE (od 4), ale IE lepiej nie używać.
|
Publikowane teksty są własnością ich autorów. Kopiowanie, powielanie, odtwarzanie publiczne bez zezwolenia jest zabronione.
Copyright © 2005 by Francisco Burzi. This is free software, and you may redistribute it under the . PHP-Nuke comes with absolutely no warranty, for details, see the .

|
| |
|